Blog

Ekwador

Wpisany przez Administrator sobota, 19 listopada 2011 07:30

Kolejna granica, kolejna odprawa paszportowa i kolejny kraj gdzie mowia w jezyku hiszpanskim – przyszedl czas na Ekwador. Jedzenie im bardziej na poludnie tym lepsze, coraz wiecej przypraw, coraz bardziej roznorodne, oby tylko do Peru gdzie podobno jest najlepszeJ. Pierwszy autostop w Ekwadorze i nawet nie zdazylem wyciagnac reki, gdy... juz mam transport. Biznesmen z Otovalo, w „pieknym” samochodzie zachwala mi swoj kraj, zaprasza na posilek, pokazuje okolice. Drogi w bardzo dobrym stanie wija sie pomiedzy wzgorzami, wysokosc okolo 2000 mnpm, okolica zamieszkana glownie przez potomkow afrykanskich niewolnikow sprowadzonych w te okolice do morderczej pracy na farmach bialych kolonizatorow, obrazek  tak dobrze znany z kazdego zakatka swiata. Pierwszy dluzszy postoj w Cotacachi. Mieszkam u Shawn’a, Amerykanina, ktory zdecydowal sie opuscic USA i osiedlic sie na jakis czas w bardziej atrakcyjnym miejscu. Poznaje okolice, odwiedzam farme drobiu, ktorej zarzadca jest Shawn. Jest czas wywozu kurczakow do rzezni. Jedyne skojarzenie jakie mi przychodzi do glowy to „fabryka smierci”.




Nastepnego dnia zamiast na farme wybieram sie w pobliskie gory - czas sprawdzic kondycje na troszke wyzszej wysokosci niz dotychczas. jeszcze tego samego wieczoru dowiaduje sie co to znaczy choroba wysokosciowa. Spie, a raczej probuje spac na wysokosci 4000mnpm. Jest zimno, cholernie zimno, glowa peka od bolu, nie czuje stop, nie czuje palcow u rak, spie w kilku warstwach ubran, butach i spiworze. Rano zbieram sprzet i ruszam w dol, 15 minut marszu i 15 minut odpoczynku, plecy napiep... tzn. bol jest bardzo silny, ledwo wytrzymauje ciezar plecaka. Cztery godziny marszu, krotka jazda autostopem i jestem u mojego gospodarza, gdzie dojscie do siebie zajmie mi nastepne 2 dni.




Zle samopoczucie nie przeszkadza mi za bardzo, pisze, rozmawiam, krotkie spacery po okolicy, czasem gdzies przysiade na lawce i z ukrycia zrobie kilka zdjec ludziom.

Indianie Quichua, inna kultura, inny jezyk, inny wyglad, mieszkancy regionu dzisiejszego Ekwadoru, Peru i Boliwii, przyciagaja uwage glownie ostrymi rysami i ubiorem, ktorego nieodzownym elementem jest stylowy melonik.








Kilka dni i znow droga, jestem zachwycony autostopem w tym kraju. Pomimo, ze autobusy sa niesamowicie tanie i kosztuja zaledwie 1 dol za godzine jazdy, to nie rezygnuje z mojego podstawowego srodka komunikacji. Przekraczam rownik, nie robie zdjec,  bo co ja bede fotografowac? Ot zmienilem polkole, za kilka miesiecy zrobie to znow, tyle ze w odwrotnym kierunku. Kilka godzin jazdy z mila rodiznka i jestem w Quito, stolica Ekwadoru i drugie co do wielkosci miasto tego kraju. Szwedam sie jak zwykle po uliczkach, probuje jedzenia – tanie, ale nie moge powiedziec, ze szczegolnie smaczne. Za rownowartosc 2,5 dolara dostaje dwudaniowy posilek, czyli zupa warzywna i kawalek miesa z ryzem, do tego jeszcze kompot i ciasteczk – jak dal mnie luksus. Uliczki jakos nie robia na mnie wraznie, choc teraz malo co na mnie robi wrazenie – brzmi dziwnie, ale taka prawda. Misto w stylu kolonialnym widziane juz dziesiatki razy, wysokie koscioly, zdobione budynki loklanych wladz... nie bawi mnie to tak bardzo jak na poczatku. Juz ciekawsza wydaje sie haloweenowa impreza na ktora zabiera mnie jedna z couchsurferek. Tygodniowe fundusze tej nocy rozplynely sie  dosc szybko, ale bawilem sie swietnie, a i spojrzenie na nocne zycie Ekwadorczykow to rowniez ciekawe doswiadczenie.



Ciagle w drodze, cigle nowe miejsca... Ambato, Ingapirca, Cuenca, jakas wioska o niezapamietanej nazwie, namiot rozbity gdzies na poboczu drogi, nocleg w ruinach twierdzy Inkow, posilek przy drodze, posilek w lesie, posilek w knajpie, jest roznie, jest ciekawie. Rozmawiam, nie rozmawiam, slucham, nie slucham, jade, siedze, stoje. Ludzie przewijaja sie przed oczami, codziennie nowe twarze, nowe rozmowy, po hiszpansku, angielsku, czasem po polsku.

Dwa dni przed wyjazdem do Peru nawiedza mnie dziwne uczucie zmeczenia, cos nie tak zaczyna sie dziac z zoladkiem, na poczatku nie jest zle, daje rade... Dzien przed wyjazdem ledwo zyje, nie moge sie ruszyc, zostaje na jeszcze jeden dzien. Trzeba znikac z tego miejsca, moja gospodyni zaczyna sie dziwnie zachowywac, opowiada dziwne historie, chowa przede mna dzieci, wyglada na to, ze ktos tutaj chyba zapomnial wziac leki... nie ma sensu zostawac tam zostac dluzej. Zatrucie pokarmowe rozklada mnie na dobre, ale pakuje sie i ruszam stopem  w kierunku Peru. Zapowiada sie, ze nastepne dni beda bardzo ciezkie...


 

Bogota

Wpisany przez Administrator czwartek, 17 listopada 2011 07:24










   

Strona 9 z 61

<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>
joomla template