w drodze

Trzy miesiace w Kolumbii. Gory, dzungla, ocean, indianie, jedzenie o niebo lepsze niz w Centralnej Ameryce i jak zwykle dziesiatki przygod oraz wspanialych ludzi poznanych po drodze.

Na poczatek Cartagena i czas spedzony w towarzystwie Beaty, Tomka i Mikolaja, troche pracy na jachcie, napelnianie zoladka smakolykami, wloczega po uliczkach starego miasta i nocne rozmowy przy fajce z Mikolajem. Pozniej szybki przejazd do Barranquill’i, znow autostop i znow piesza wedrowka przez „dzikie” przedmiescia, gdzie ludzie mieszkaja w byle jak skleconych blaszakach. Jechalem na wschod, jechalem zobaczyc Wenezuele Chaveza, jechalem zobaczyc socjalizm w wydaniu poludniowo amerykanskim... nie dojechalem, jakos tak wyszlo, ze trafilem do Santa Marta i pobliskiej dzungli. Pozniej znow Cartagena i po kilku dniach znow wedrowka na poludnie. Droga taka jak w innych krajach, tanie jedzenie na poboczu, woda wyproszona w pobliskiej restauracji, nocleg gdzies na polanie, albo u farmerow, ktorzy zgodzili sie przygarnac wloczege z Polski. Ludzie mili i pomocni, czasem tylko ktos spojrzal dziwnym zwrokiem na bialego, co to moze ma wiecej pieniedzy, jednak nie spotkalo mnie nic przykrego. Jeden samochod, drugi samochod, ciezarowka, pickup, motocykl... i tak caly czas, ciagle na poludnie.  W Medellin , znanym glownie z tego ze jest to rodzinne miasto jednego z najniebezpieczniejszych karteli narkotywych oraz pieknych kobiet, zatrzymalem sie na dluzej

Nocne podroze po miescie na malym skuterku, w towarzystwie jednej z couchsurferek, troche wiecej niz normalnie wypitych kieliszkow rumu, tance, odpoczynek, urodzinowa impreza we dwoje i znow w drodze. Maznizales mialo byc tylko kilkudniowym przystankiem, ktory rozrosl sie do dwu miesiecznego pobytu i pracy przy remoncie mieszkan. Lucero, ktora stworzyla dla mnie wspaniala domowa atmosfere na zawsze pozostanie w mojej pamieci. Dziesiatki nowo poznanych ludzi, wspolne posilki, spacery po wzgorzach, podziwianie najpiekniejszych zachodow slonca jakie dane mi bylo ujrzec w zyciu, nauka makrame, wizyty u dentysty, lekcje jogi, rozmowy z Niko i Lucero, badania w klinice, gdzie zamiast wydac kilkanascie dolarow wyszedlem z ekstra funduszami, w miedzy czasie podroz do Bogoty, aby od dac glos na tych co to znow ulokuja sie przy korycie aby napelnic swoje sakwy. Wszystko co dobre jednak sie konczy, 2 miesiace odpoczynku, ktory zaczal po jakims czasie meczyc i dal za duzo stabilizacji w zyciu, a ja napewno nie jestem w meisjcu w ktorym  ta stabilizacja powinna nastapic. Ruszam dalej z mysla, ze moja podroz jest w drodze i tam powinienem spedzac wiecej czasu. Chce zamienic klimat, ale poki co czeka mnie jeszcze przeprawa przez kilka krajow, cywilazcja podobna do tej w jakiej sie wychowalem czeka mnie dopiero w Chile. Opuszczam Manizales z poczuciem pewnej ulgi i ekscytacja nowym etapem. Znow w autobusie, konczaca sie wiza wymusza pospiech, ale to dobrze, nie mam ochoty w tej chwili na jazde autostopem, chce odrobiny „luksusu”, chocby tenze mial kosztowac i sprawic, ze moej nogi beda bolec przez nastepnych kilka dni od pozycji w jakiej spedze kilka godzin w malutkich autobusikach.

Na kazdym przystanku do autobusow wskakuja handlarze, nie trzeba ruszac sie ze swego miejsca aby za pare pesos kupic ryz z miesem, slodkie bulki, prazone platany, orzeszki, napoje i wiele innych przekasek -  dla mnie za drogo, pozostaje przy wodzie i musli kupionym  w Manizales.

Jade przez kilkanascie godzin, gory, rzeki, plantacje, wszystko to przemyka za oknem nie robiac juz na mnie szczegolnego wrazenia. Temperatura zmienia sie w zaleznosci od regionu przez ktory akurat przejezdzamy, tak samo wyglad mieszkancow, raz wiecej latynosow, innym razem wiecej murzynow, czasem Indianie -  istny miks kulturowy. Do Pasto docieram poznym wieczorem. Miasto z kilkoma kolonialnymi budynkami, jest niezbyt atrakcyjne dla turystow. Ozywa tylko na kilka dni w roku, kiedy to odbywa sie festiwal podobny do tego w Rio. Moja gospodyni wraz ze swoja rodzina przez caly rok przygotowuja dekoracje aby przez kilka dni na poczatku stycznia uczynic swoje miasto centrum krajowej zabawy. Opuszczam Kolumbie, wiedzac, ze jest to jedno z kilki miejsc do ktorych warto wrocic. Wiem, ze jest tutaj jeszcze wiele do odkrycia, ale to nie teraz, na to przyjdzie jeszcze czas.

Nasi tu byli! Duma polskiej motoryzacji nawet w Kolumbii zdobyla serca uzytkownikow :)

Uroczo polozona granica kolumbijsko - ekwadorska... szkoda tylko, ze to muzeum, budynki administracji i obslugi przejezdnych wygladaja "troszke" inaczej




Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz:
joomla template