Blog

54 Tydzien - Gwatemala, Palomora

Tuesday, 31 May 2011 04:32

There are no translations available.

Podroz do Gwatemalii od samego poczatku tworzyla pewnego rodzaju zamieszanie w mojej glowie. Ciezko byloby to nazwac strachem, ale przez kilka ostatnich tygodni spedzonych w Meksyku, co chwila spotykalem ludzi, ktorych to albo ktos napadl, albo postrzelono ich przewodnika, albo stracili portfele w autobusie, itd. A jak jeszcze przed samym wyjazdem przeczytalem o masakrze jaka miala miejsce przy granicy z Meksykiem (200 zamaskowanych osobnikow napadlo na wies i maczetami zamordowali okolo 27 osob, w tym kobiety i dzieci), to jakos nieswojo sie czulem na mysl o podrozy przez ten kraj. Z drugiej strony nauczylem sie, ze nie opowiesci turystow sa zazwyczaj mocno przesadzone, a i media nie podaja wszystkich informacji o morderstwach, wiec postanowilem zaufac swojemu instynktowi i na spokojnie udac sie w podroz przez Gwatemale.

Na poczatek granica. Okazalo sie, ze wjezdzajac do Meksyku nie wbito mi do paszportu odpowiedniej pieczatki, co w przypadku zatrzymania przez policje badz wojsko spowodowaloby duzo nieprzyjemnosci – prawdopodobnie przyszloby mi spedzic kilka dni w areszcie czekajac na wyjasnienie sprawy. Ludzie ze strazy granicznej nie mogli sie nadziwic, ze przez prawie 3 miesiace pobytu nikt tego nie sprawdzil, nikt mnei nie zatrzymal - w Meksyku, srednio co 100km sa kontrole wojskowe, a do tego jeszcze co jakis czas Policja kontroluje podroznych.  Jednak problemy poki co omijaja mnie szerokim lukiem i niech tak zostanie – dowiedzialem sie rowniez, ze od niektorych podroznych, szczegolnie tych z Europejskim lub Amerykanskim paszportem, czasami pobiera sie rowniez oplate wyjazdowa, ktora oficjalnie nie istnieje,a nieoficjalnie czasami tak:) i wynosi 10-20 dol. Mnie nikt o pieniadze nie prosil, wiec albo wygladam sympatycznie, albo biednie, albo ktos mial dobry nastroj.

Zatem granica za mna, nic ekscytujacego - ot szlaban, zolnierz z karabinem i tyle. Dalej miasteczko nie rozniace sie niczym od tych meksykanskich – poza jednym szczegolem, dosc istotnym z mojego punktu widzenia – Meksykanskie jedzenie zostalo po drugiej stronie granicy! tutaj kroluje fasolam, ryz, kurczak...  ja chce do Meksyku! 

Nie wiem dokladnie czego spodziewalem sie po Gwatemalii, ale chyba wyrobilem sobie wczesniej jakies chore wyobrazenie o tym kraju, gdyz normalnosc przygranicznego miasteczka rozczarowala mnie i to bardzo. Poczekamy – zobaczymy, moze pozniej cos sie wydarzy. Poki co poszedlem szukac autobusu – dokladnie – AUTOBUSU!  Zaczynam jezdzic autobusami! A przynajmniej na poczatek  postanowilem wydac cale 5 dolary aby przebyc odcinek 200 kilometrow i zakosztowac egzotyki, z ktorej slynie ta czesc swiata. Szukanie nie bylo dlugie i oplacilo sie. Trafilem na cos czego za nic w swiecie nie chcialbym pominac, cos co na zawsze pozostanie w pamieci – Chicken Buses! Cos wspanialego! Dworzec autobusowy, czyli kawalek pola, pelen autobusow, ale jakich?!? Stare szkolne, amerykanskie autobusy, pomalowane w niesamowite wzory, niektore w lepszym stanie, niektore ledwo trzymajce sie w calosci. Wsiadlem do jadace w kierunku Quetzaltenango, czyli Xela, a moj zachwyt nad podroza tym srodkiem transportu nie mial konca... tzn. Mial:), jakies 20 minut pozniej.


W autobusie zaczeli pojawiac sie pasazerowie, przychodzili i przychodzili, a ich liczba nie miala konca. Przystanek co kilka kilometrow i juz nowi pasazerowie przepychaja sie, aby tylko znalezc jakis fragment wolnej przestrzeni na czas podrozy. Laweczki przeznaczone dla podroznych, oryginalnie dla dwojki dzieci, w Gwatemalskich warunkach mieszcza 3 dorosle osoby. Moje miejsce zajmowane bylo przez: ja czyli olbrzym, Gruby facet i jakas dziewczyna, a w calym autobusie - tego tlum stojacych i siedzacych osob, kurczak, ktory uciekl z klatki, a na dachu tona bagazy. Wszystko sprawnie zapakowane, wszyscy szczesliwi, ze moga jechac...

Ciezko jest mi opisac moje odczucia po tej podrozy. Z jednej strony wspaniale krajobrazy i historie ludzi, z ktorymi podrozowalem, z drugiej, rajdowa jazda przepelnionym autobusem po drodze nad przepascia i 4 godziny tortur jakimi jest siedzenie w tymze autobusie – i co ja mam napisac... chyba odkrylem w sobie jakas nutke masochistycznych zachowan bo moj zachwyt nad tym wszystkim byl nie do opisania i gdybym mogl, zrobilbym to raz jeszcze.

Jedyne co wiedzialem o Gwatemalii przed przyjazdem, to fakt iz ludzie tu mieszkajacy sa niesamowicie przyjazni i uczynni, plus historie o bandyckich napadach, czyli dwie sprzeczne opinie:). Prawde jednak najlepiej odkrywac samemu, a ta okazala sie bardzo przyjemna. Bezinteresowna pomoc na kazdym kroku, wystarczylo bym zatrzymal sie na chwile z myslacym wyrazem twarzy (tak, tak... czasem sie zdaza), a juz ktos sie zatrzymuje i pyta czy nie pomoc. Tak tez i bylo w Xela, do ktorego dotarlem kilka godzin pozniej, zaledwie wysiadlem z autobusu, a juz ktos mnie prowadzil do nastepnego, ktorym moge dojechac do jeszcze innego, aby dostac sie do aktualnego celu mojej podrozy.

No wlasnie – ale jaki jest ten aktualny cel mojej podrozy?

Aby wyjasnic dakad zmierzalem w Gwatemalii, musze cofnac sie o kilka tygodni, do momentu gdy przebywalem w Oaxaca. 

Zanim wyruszylem do Gwatemalii postanowilem sprawdzic, czy znajde tam jakichkolwiek couchsurfer’ow. Nie planowalem nawet wysylac zapytan o mozliwosc noclegow, ot ciekawosc, czy bede mial jakies miejsce do spania aby odpoczac od namiotu. Pierwsza osoba, na ktora natrafilem, sprawil ze nie przegladalem juz nastepnych. Alyssa – wolontariuszka Peace Corp, mieszkajaca w malej wiosce nieopodal miejscowosci Xela, gdzie normalna sprawa jest, ze brakuje wody pitnej, gdzie wiekszosc osob tam mieszkajacych to rdzenni Majowie, a jezyk jakim sie posluguja to Kiche. Zwariowalem na punkcie tego miejsca i postanowilem zrobic wszystko aby tylko tam dotrzec...

... i tak oto kilka tygodni pozniej podazalem autobusem w kierunku wioski Palomora.

Zatem przesiadka w Xela, przesiadka przy stacji benzynowej i docieram do jakiejs wioski, gdzie podobno mam zlapac okazje do San Adres Xecal, aby pozniej trafic do Palomora. Troche sie niepokoilem, gdyz nie mialem zadnego kontaktu z Alyssa, ale trudno, najwyzej noc spedze gdzies w gorach.

Kilka minut pozniej, spore zaskoczenie - o ile od momentu wjazdu do Gwatemalii nie widzialem zadnego bialego czlowieka (miejscowi chyba tez nie, bo przygladaja mi sie jakbym urwal sie z choinki), to w samochodzie, ktorym zabieram sie w dalsza droge spotykam dwie amerykanki, wolantariuszki Peace Corp. Ponadto okazuje sie, ze znaja Alysse i wiedza rowniez, ze nie zastane jej dzis w domu. Tak wiec co robic? Odpowiedz przychodzi juz po chwili - zostaje na noc u jednej z dziewczyn, pozniej robi sie z tego jeszcze jeden dzien i dzieki temu poznaje kulture miasteczka San Andres Xecal.

Cos co najbardziej mi sie podobalo to pewien element, bedacy mieszanka chrzescijanstwa i dawnych wierzen Majow. Udalo mi sie dotrzec do jednego z prywatnych domow, gdzie dzieki znajomosciom mojej przewodniczki, mialem okazje wejsc do pokoju zamieszkiwanego przez manekina. Ten plastikowy osobnik kazdego dnia jest pod opieka osob mieszkajacych w okolicy, wieczorem kladziony do lozka, rano wyjmowany z niego i ukladany w fotelu, mieszkancy przynosza mu alkohol, papierosy i pala przed nim swieczki, rowniez odmawiajac modlitwy do niego. Jest on uosobieniem grzechow, ktore to walsnie on popelnia - alkohol, papierosy, itd., a tym samym oddala je od osob, ktore do niego sie modla.

Palomora

Na poczatek musialem podejsc pod mala gorke - godzina marszu, nastepnie kilkadziesiat minut sciezka przez las i nagle wychodzisz na otwarty teren z widokiem na przepiekna doline. Niespodziewanie zmeczenie dopadlo mnie dosc szybko, nawet duzy plecak nie byl usprawiedliwieniem do takiej zadyszki, jednak juz  za chwile dotarlo do mnie, ze przeciez jestem na wysokosci okolo 3000 m., wiec nie ma co sie dziwic ze opadlem z sil tak szybko.


W wiosce powital mnie istnie bajeczny widok, dolina wypelniona malymi domkami, pola uprawne, gdzieniegdzie maly las, a wszystko to skapane w blasku porannego slonca. Niestety im blizej, tym rzeczywistosc okazywala sie byc mniej urocza. Smieci walaly sie doslownie wszedzie, urocze domki okazaly sie byc albo drewnianymi ruderami, albo z zewnatrz wygladajacymi ladnie, jednak w srodku pustymi domami (te domy naleza do rodzin, w ktorych mezczyzni pracuja w USA, pieniedzy bardzo czesto starcza na wybudowanie domu, jednak juz nie na jego wykonczenie), zwierzeta tarzaja sie w smieciach i blocie, a dzieci bardzo czesto razem z nimi.

Reakcja jaka wywolalem w wiosce byla dla mnie sporym zaskoczeniem. Dzieci biegly za mna krzyczac „gigante”, inne chowaly sie za domami i z ukrycia podziwialy atrakcje roku, a wiele z nich w placzu uciekalo na moj widok.

W centrum przy nowo postawionym kosciele zrobilem przystanek. Od tej chwili cala okolica zyla tym, ze w centrum siedzi wielki, bialy czlowiek z broda.


W Palomora i jej okolicach zostalem kilkanascie dni. W tym czasie poznawalem kulture Majow, odkrywajac problemy z jakimi boryka sie miejscowa ludnosc, uczylem sie lokalnego jezyka, bawilem sie z dziecmi i bralem udzial w pracach Alyssy z lokalna spolecznoscia.

Dom w ktorym zamieszkalem bylo jak z bajki - dwie  izby, w jednej ja i Alyssa, w drugiej jej trzech podopiecznych – Adrian, Mojzes i Pedro . Dekoracje mojego pokoju byly wspaniale, wszystkie sciany i sufit pokryte wielobarwnymi malunkami, przedstawiajacymi zwierzeta, Majow, okoliczne rosliny – wszystko to malowane przez moja gospodynie, ktora dodatkowo tworzyla wspaniala domowa atmosfere. Nawet choroba, ktora polozyla mnie do lozka na kilka dni nie byla w stanie zmienic mojej opini, co z tego, ze toaleta na dworze, ze brak wody, rozwolnienie to tylko rozwolnienie, kilka dni i przeszlo. Nie pierwszy i nei ostani raz w tej podrozy.


Peace Corp

Organizacja wysylajaca mlodych amerykanow w rozne rejony swiata, aby tam prowadzic projekty zwiazane z poprawa warunkow zycia lokalnych spolecznosci. Zaden z wolontariuszy do konca procesu rekrutacji, trwajacego rok, nie wie gdzie zostanie wyslany. Moze to byc mala wioska w Afryce, gdzie po wode trzeba isc 10 km, wioska w Gwatemalii albo miasteczko w jakims rozwijajacym sie kraju Europy ( W latach 1990 – 2001, wolontariusze Peace Corp uczyli w Polsce j. angielskiego). Organizacja zapewnia swoim ludziom miejsce do spania, srodki na jedzenie, jednak juz wszystkie srodki potrzebne na realizacje projektow dla lokalnych spolecznosci musza zdobyc sami (stad moj apel http://onemantrip.com/pl/menudziennik/317-marek)

Podczas pobytu w Palomora, razem z Alyssa, bralem m.in. udzial w spotkaniach z kobietami, ktore uczylismy jak sadzic warzywa. Niesamowite jest to, ze ludzie, ktorzy uprawiaja ziemie od setek lat, jedyne co potrafia zasadzic to kukurudza. Stad tez problemy zdrowotne mieszkancow - brak odpowiedniej ilisci witamin, malo zroznicowana dieta i bardzo zlej jakosci woda (o ile wogole jest) powoduja, ze wiele dzieci umiera w bardzo mlodym wieku, a starsi dosc czesto choruja. Ja sam, jak wczesniej wspomnialem zaliczylem zatrucie pokarmowe, ktore na 4 dni powalilo mnie do lozka (w sumie to w momencie, w ktorym pisze te slowa tez jestem chory).


Odwiedzalismy rowniez szkoly pelne dzieci (40% spoleczenstwa Gwatemalii jest w wieku ponizej 20 lat), gdzei 400-500 dzieciakow ma do dyspozycji jedynie jedna toalete, ktorej pojemnosc sie juz prawie wyczerpala. Oczywiscie nie jest tak, ze starsi nie staraja sie pomagac mlodszym. W szkolach organizowane sa posilki dla dzieci - kazdego dnia kilka kobiet z wioski, przynosi drewno, garnki i na srodku placu pomiedzy bawiacymi sie dziecmi rozpala ogien, na ktorym gotuja cos w rodzaju bardzo rozwodnionej owsianki, calkowicie bez smaku ale bardzo odzywcze.

Ciekawa sprawa sa bardzo konserwatywne poglady mieszkancow Palomory. Do tego stopnia konserwatywne, ze w wiosce zabroniona jest sprzedaz i spozywanie alkoholu oraz tytoniu. Chodzenie w krotkich spodenkach rowniez nie jest dobrze widziane, a dla mmnie najsmieszniejsze bylo to, ze przez caly okres pobytu tam musialem udawac, ze jestem kuzynem Alyssy mieszkajacym na Alasce, ktory po drodze do Argentyny odwiedzil swoja kuzynke. Gdybym tego nie uczynil, Alyssa uznanoby za prostytutke, gdyz przyjmowanie do swojego domu mezczyzny, ktory nie jest jej mezem, ani narzeczonym jest rownowazne z prostytucja.

Czas jaki spedzilem w Palomora byl nadzwyczaj ciekawy. Niewielkie oszustwa, podziwianie i pomaganie lokalnej spolecznosci oraz zabawy z trojka dzieci, oraz przy okazji nauka jezyka Kiche...



 

53 Tydzien - Chiapas

Monday, 23 May 2011 03:01

There are no translations available.

Chiapas


Jednym z najprzyjemniejszych miejsc w Meksyku do ktorych dotarlem, okazalo sie San Cristoabal de la Casas. Miasto polozone na wysokosci 2100 m.n.p.m., zwane “magiczna wsia”. Niby turystyczne, pelne ludzi z roznych stron swiata, ale tak bardzo fascynujace, ze jesli tylko pominac tlumy na glownej ulicy, to mozna sie zakochac w tym miescie. Skrecic w boczna uliczke to najlepsze wyjscie, dotrzec na lokalny rynek, ktory pelen lokalnych sprzedawcow i kupujacych dal mi pelna mozliwosc odczucia atmosfery miasta – w strugach deszczu stalem niedaleko jednego ze stoisk i zajadalem sie pysznymi tacos, ktorych cena 50 gr/szt przyciagala sama w sobie. Tlok, halas, dziesiatki stoisk z owocami i warzywami, a kolory ubran Majow, przybylych z okolicznych wiosek aby handlowac, rozswietlaja okolice, tak bardzo, ze az by sie chcialo ich zatrzymac i poprosci o mozliwosc dotykania tego co maja na sobie – istne dziela sztuki.

To wlasnie oni, rdzenna ludnosc tego regionu sa najwiekszym skarbem tego miejsca - ich miejsca, ktore setki lat temu za sprawa bialego czlowieka przestalo byc imperium. Teraz zamieszkuja w wiekszosci wiejskie tereny i naleza do najbiedniejsze czesci spoleczenstwa Meksyku. Przez wieki wyzyskiwani, mordowani i ponizani, teraz probuja w kazdy mozliwy sposob zdobyc fundusze na utrzymanie rodziny. Na kazdym kroku mozna spotkac dzieci i kobiety sprzedajace recznie robione pamiatki, ubrania, koce, badz  papierosy czy jedzenie. Tak jak wczesniej wspomnialem, wszyscy ubrani w tradycyjne stroje. Poczatkowo myslalem, ze tradycyjne ubrania sa noszone przez Indian tylko, aby przyciagnac uwage turystow, pozniej okazalo sie, ze jest to ich codzienna odziez, co dodtkowo wzbudzilo moja sympatie do tych ludzi. Wieczorem po ciezkim dniu, wiekszosc z nich gromadzi sie na glownym placu, przed najwieksza w miescie katedra i tam spedza noc. Ukladaja sie na ziemi, przykrywaja ubraniami i w grupie kilkuset osob czekaja na nadejscie poranka, aby ponownie rozpoczac pracowity dzien. Do swoich wiosek wracaja co kilka dni, aby zabrac wiecej towarow na sprzedaz. Jak dla mnie, to wlasnie ta spolecznosc tworzy atmosfere tego miejsca. Niestety smutne jest to, ze to wlasnie oni cierpia najbardziej. Meksyk przestal byc krajem trzeciego swiata, spoleczenstwo bogaci sie I edukuje, ale te zmiany jakby pomija  spolecznosc Majow. Prawdopodobnie tez stad wzial sie bunt do jakiego doszlo w latach 90tych, mala rewolucja, kiedy to armia Zapatystow zajela kilka miast i wiosek, walczac w ten sposob m.in. o poprawe jakosci  zycia… ale o tym mozecie sobie poczytac z opracowan historycznych.


Miejsce do spania znalazlem u kilku couchsurferow, wiec przez nastepne dni mialem dostep do wygod, ktorych tak bardzo (coraz bardziej) zaczyna mi brakowac. Dzieki temu, ze moglem zostawic gdzies moj bagaz, codziennie mialem okazje przemierzac male uliczki i przygladac sie temu co sie dzieje za rogiem… gdzies, jakis pijany facet lezy pod drzewem, w innym miejscu ktos gotuje obiad rozprzestrzeniajac po okiolicy wspaniala won meksykanskiego jedzenia, w innym miejscu gromada psow wloczy sie uniemozliwiajac mi przejscie, a w jeszcze innym male dzieci z zaciekawieniem przygladaja sie dziwnemu gringo spacerujacemu w dzielnicach, gdzie turysci sie nie zapuszczaja. Tak wlasnie mijaly mi dni w San Cristobal.


Po kilku dniach postanowilem, ze jesli juz jestem w Meksyku, jesli juz jestem w regionie Majow, to grzechem byloby nie odwiedzic miejsc, bedacych pozostaloscia ich wielkiej potegi sprzed wiekow. Spakowalem plecak i ruszylem w kierunku Tonina i Palenque, ruin oddalonych o kilkaset kilometrow od mojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Myslalem, ze bedzie latwo, nawet bardzo  -  przeciez to turystyczna okolica, setki samochodow wypelnionych europejczykami, czy amerykanami przemieszcza sie w tym rejonie… wystarczylo przebyc kilka kilometrow, aby przekonac sie jak bardzo sie pomylilem. Zanim jednak opuscilem miasto spotkala mnie bardzo sympatyczna sytuacja. Mianowicie wedrujac przez przedmiescia San Cristobal zatrzymal sie obok mnie chlopak na rowerze i ot tak, bez jakiegokolwiek powodu ofiarowal mi swoje sniadanie. Choc moze “bez powodu” to duzo powiedziane, ja, idacy ulica, z plecakiem i moim kijem podroznym jestem wystarczajacym powodem, gdybyscie mnie zobaczyli to byscie prawdopodobnie zrozumieli o czym pisze:)


Jakby nie bylo po jakims czasie (dosc dlugim) udalo mi sie osiagnac zamierzone cele. Zanim to nastapilo przyszlo mi troszke poszwedac sie po miastreczkach i wioskach, m.in. w miescie bedacym uwazanym za kolebke ruchu separatystycznego – Zapatytowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego (wszyscy ostrzegali mnei przed tym miejscem, a okazalo sie, ze nie bylo takie straszne. Oczywiscie o historii tej miesciny dowiedzialem sie dopiero po tym jak opuscilem tom miejscie) Ogolnie podroz, choc ciezka, musze przyznac ze byla warta wysilku. Miejsca w ktorych spalem byly wspaniale, male wzgorza pokryte zielenia, oddalone od ludzi, a nad rane skapane we mgle, ktora nadawala im bajkowego charakteru - az szkoda bylo ruszac w droge. Czasem trafilo sie, ze musialem rozbijac namiot w dziwnych miejscach, czekajac tylko na zmrok, aby uciec przed ludzkim wzrokiem w zaroslach, ale nawet wtedy usypialem z usmiechem na ustach… choc to pewnego rodzaju masochistyczne zachowanie, gdyz  wielokrotnie bylem w sytuacji kiedy podloze na ktorym spalem bardziej przypominalo stos kamieni i igiel maltretujacych moje plecy, niz wygodna trawe sprzyjajaca udanemu odpoczynkowi.


Odwiedzilem dwa miejsca, pierwsze i bardziej znane to Palenque, duze centrum religijne imperium Majow, ktorego okres rozwoju przypada na VII i VIII wiek, szczegolnie znane ze Swiatyni inskrypcji, ale o tym mozecie poczytac sobie na wilkipedii, ja nie bede was tutaj tym zanudzal. Jednak malo brakowalo, a nie udaloby mi sie nawet wejsc na teren ruin. Bilet kosztujacy tylko 50 pesos, w sytuacji gdy okazalo sie, ze zapomnialem zabrac pieniedzy, wydawal sie byc poza zasiegiem. Na szczescie udalo mi sie przekonac kilku turystow aby "pozyczyli" mi kilka pesos, co sprawilo, ze ruiny stanely przedemna otworem… otworem, ktory okazal sie byc pewnego rodzaju rozczarowaniem - setki turystow psuly nastroj tam panujacy. Jednak musze przyznac, ze same budowle robily wraznie, dlatego tez spedzilem tam prawie caly dzien rozkoszujac sie poczatkowo miejscami najbardziej uczeszczanymi przez turystow, a nastepnie wyszukujac fragmeny murow zagubione w okolicznych lasach (niby nie wolno, ale co tam:).
Jednak o wiele wieksze wrazenie wywarly na mnie ruiny w Tanina, ktore znajduja sie w polowie drogi pomiedzy San Cristobal a Palenque, o wiele mniejsze, ale dziki temu mniej turystyczne i to wlasnie tam mialem okazje idealnie wczuc sie w klimat miejsca i rozmyslac o tym co przeminelo. Dodatkowo cieszyla mnie swiadomosc, ze jeszcze rok temu bylem w Polsce, a teraz po wielu miesiacach, ciezkiej podrozy moglem rozkoszowac moje oczy ruinami, o ktorych kiedys tylko dane mi bylo czytac w ksiazkach.


Po tym jak zaspokoilem swoja ciekawosc, pozostala tylko droga powrotna do San Cristobal. Niby nic trudnego – 200 km, co to jest? Jednak w sytuacji, gdy problem z kregoslupem zaczely juz na dobre przeszkadzac, ten dystans okazal sie niesamowicie trudny do przebycia. Bol plecow byl tak mocny, ze nie moglem nawet stac, nie mowiac juz o chodzeniu. Przesiedzialem kilka godzin na poboczu drogi, w 40 stopniowym upale, bez wody, starajac sie zlapac okazje, ktora w koncu nadjechala i dodatkowo okazala sie tak przyjemna, ze razem z dwoma paniami, ktore zaoferowaly mi podwiezienie odwiedzilem dodatkowo pobliskie wodospady i jaskinie:)


Zapomnialem jeszcze o jednej przygodzie, a mianowicie w trakcie podrozy do Palenque, podczas postoju w jednej z wiosek, postanowilem zaprzyjaznic sie z lokalna policja. Udalem sie do nich w celu dokonania wymiany: ciastko za papierosa:). Pomimo, problemow jezykowych, moja znajomosc z nimi rozwinela sie do tego stopnia, ze zostalem z nimi przez nastepne 4 godzi, rozmawiajac o sytuacji w regionie, sprawdzajac ich bron, wysluchujac historii zycia, jak i dowiadujac sie,np. jaki jest najlepszy sposob na relaks w ich mniemaniu – pasz i piwo (pasz to jedna dzialka kokainy). W kazdym razie, niesmowicie przyjazni ludzie, dzieki ktorym udalo mi sie w drodze powrotnej (gdzie spotkalem sie z nimi jeszcze raz), zaledwie po 30 minutach zlapac okazje – gdy uzbrojony policjant wychodzi na droge to kazdy samochod sie zatrzymuje i chetnie zabiera autostopowicza:)
I wlasnie w taki sposob minal mi czas w stanie Chiapas. Przyznac musze, ze zal bylo wyjezdzac…

Na zdjeciu tamales, czyli kukurydziane ciasto nadziewane roznego rodzaju farszem i zawijane w lisc kukurydzy lub bananowca


Zanim jednak ruszylem w droge, przyszedl czas na wydanie oszczedzanych przez dlugi czas srodkow i rozkoszowanie sie meksykanskim jedzniem. Wpadlem w istny, przez dwa ostatnie dni odwiedzalem wszelkie mozliwe miejsca w San Cristobal i probowalem wszystkiego co tylko zobaczylem. 30 dolarow rozeszlo sie bardzo szybko, ale nie zaluje ani jednej chwili i ani jednego wydanego peso.  Tacos – kukurydziana  tortilla z farszem, wegetarianskim, wolowym, kurczakiem i tym, co najbardziej przypadlo mi  do gustu czyli z wieprzowina, ale nie taka zwykla, najlepsze tacos w mojej opini sa z miesem pochodzacym z glowy swini (oryginalnie tego rodzaju tacos nazywaja sie tacos de Cabeza, ale te sa robione z miesa wolowego: jezyk, mozg, policzki, oczy itd) – delikatne i o tak wspanialym smaku, ze moje zmysly do tej pory wariuja na samo wspomnienie tego jedzenia (a pisze to jakies 2 miesiace pozniej).  Ale sprawa z tacos nie jest taka prosta, bo w zaleznosci gdzie sie udamy, tam znajdziemy rozne jego rodzaje:  mniejsze, wieksze, zawijane w tortille z maki pszennej lub kukurydzianej, z roznego rodzaju warzywami, z farszem przygotowanym w rozny sposob. Na jednej ulicy mozecie sprobowac kilkunastu rodzajow potraw, ktorych nazwa jest podobna, wszystko zalezy od osoby przygotowujacej potrawe… a reszta? Zostawie to juz waszej wyobrazni, wspominajac tylko, ze probujac niektorych z tych potraw moglem powiedziec “niebo w ustach”.

 

Meksyk to bardzo dziwny kraj. Demonizowany przez zagraniczne jak i miejscowe media, w tak duzym stopniu, ze czasem mam wrazenie, iz maja one w tym jakis cel, aby opis byl jak najbardziej tragiczny i zniechecajacy. Kazde wiadomosci i kazda gazeta straszy informacjami o nowych morderstwach, zdjeciami ofiar bez glow, czy opisami strzelanin. Opinia jaka panuje to: pelen krwiozerczych Meksykanow, czychajacych za rogiem na kazdego, kto sie nawinie, aby go okrasc, pobic, porwac lub zabic. Prawda jest troszke bardziej skomplikowana. W calym kraju, a szczegolnie na polnocy trwa wojna z kartelami narkotykowymi… jednak to tylko niektore regiony, a w dodatku dotyczy to glownie osob zamieszanych w brudne interesy i niestety osob bogatych – to juz niestety prawda, jesli powiodlo Ci sie w zyciu i dorobiles sie czegos – musísz bardzo uwazac. Z drugiej strony Meksyk to kraj, pelen niesamowicie przyjaznych i pomocnych ludzi, gdzie miejscowi zostawiaja samochod z calym dobytkiem przed domem, na godzine albo dwie, nie zamykajac go (oczywiscie w zaleznosci od regionu, raczej nie robia tego w duzych miastach), a wlasciciel lokalnego sklepiku moze odejsc od swojego towaru na kilkanascie minut, nie zabezpieczajc go w zaden sposob i bedzie pewien ze po powrocie wszystko bedzie w takim samym stanie jak wczesniej.


Meksyk to miejsce bardzo duzych roznic spolecznych, gdzie domki z galezi moga stac obok luksusowej willi, gdzie polowa ludzi zyje na granicy ubustwa, a najbogatszy Meksykanin jest rowniez najbogatszym czlowiekiem swiata.


Meksyk to kraj dziwnych sytuacji. Moim ulubionym przykladem jest pewien odcinek drogi: piekny, o betonowej nawierzchni, ze slicznymi chodnikami dla pieszych, drzewkami na poboczu oraz systemem nawadniania tychze drzew. Wszystko byloby wspaniale, gdyby nie maly szczegol, ow odcinek drogi polozony jest kilka kilometrow za miastem, prowadzi do niego gruntowa droga, ktora nawet w poze suchej jest ciezko przejezdna, piekny odcinek drogi , o ktorym pisze, zaczyna sie na pustkowiu, ciagnie sie przez kilometr i konczy sie tak samo nagle jak sie zaczyna. W dodatku prowadzi ona do nikad, gdyz kilka kilometrow dalej zaczyna sie plaza. Gdyby jeszcze ta plaza byla pieknym miejscem, w ktore przybywaja setki turystow, to moglbym to sobie jakos wytlumaczyc, ale niestety nie ma tam nic godnego uwagi… i takich budowli jestm w tym kraju wiecej

To rowniez kraj, w ktorym moze i jest problem z dostarczeniem chleba do lokalnego sklepu, ale ciezarowka z coca-cola i piwem zawsze tam dojedzie na czas.

Meksyk to kraj odwiedzany przez miliony turystow, a nadmorskie kurorty moglby bezproblemowo konkurowac z tymi najlepszymi Europejskimi.  Kraj plaz tak pieknych, ze “hawajski raj” moze sie schowac… i rowniez kraj gdzie pobocza drog zawalone sa butelkami, papierami i innymi odpadkami, smieci walaja sie doslownie wszedzie.

Meksyk to kraj gdzie zycie kultularne kwitnie do tego stopnia, ze czasem w mojej glowie pojawiala sie mysl, ze Polska to zadupie kulturalne swiata. Nie mam na mysli kultury sponsorowanej przez samorzady (ktorej poziom w PL rowniez nie nalezy do najwyzszych). Mi chodzi o zwyklych ludzi ktorzy maluja, rzezbia, spiewaja, tancza, bawia sie sztuka… choc mam nadzieje, ze sie myle. Wierze, ze w bedac w PL zwyczajnie nie spotkalem tych artystycznie uzdolnionych, prawdopodobnie ukrywajacych sie przed oczami krytykow i stroniacych od rozglosu.

Meksyk to rowniez kraj najbrzydszych i najgrozniejszych psow jakie widzialem. Biegaja niepilnowane po drogach, a ich wlasciciele zupelnie nei przejmuja sie faktem, ze brama jest otwarta, a ich pupilek w kazdej chwili moze zagryzc jakies dziecko, badz ugryzc sasiada.

Kraj sprzecznosci – w mojeje opinii nieziemsko urokliwy, pelen atrakcji kazdego rodzaju, gdzie kazdy znajdzie cos dla siebie – zaginione w dzungli ruiny dawnych cywilizacji, postkolonialne male miasteczka, turystyczne kurorty pelne imprez, plaze, ocean, wspanialem gory, pustynie, wspaniali ludzie i wiele, wiele innych…. Dodatkowo w mojej opini, jest to kraj  bezpiczny, o ile tylko zachowa sie podstawowe srodki ostroznosci –  jakby nie bylo przejechalem Meksyk autostopem z polnocy na poludnie, w sumie ponad 3000 kilometrow i nie dosc, ze ciagle zyje to podczas ponad 2 miesiecy jakie tam spedzilem mialem zaledwie dwie nieprzyjemne sytuacje, ktore skonczyly sie jednak dla mnie bezproblemowo. Polecam kazdemu wyjazd w ten region swiata,

Napewno jest on wart odwiedzin!

   

52 Tydzień - Droga do San Cristobal de Las Casas

Wednesday, 18 May 2011 04:37

There are no translations available.

DROGA DO SAN CRISTOBAL DE LAS CASAS byla dluga i wyczerpujaca
Dwie sytuacje z podrozy:
1.    Podroz z Victorem


Zatrzymana ciezarowka nie zapowiadala niczego nadzwyczajnego, ot srodek transportu, ktorym mialem nadzieje dotrzec jak najblizej miejscowosci San Cristobal de las Casas. Dodatkowo,  biorac pod uwage moja znajomosc hiszpanskiego, nie moglem oczekiwac zbyt dlugiej konwersacji. Jak bardzo sie pomylilem, okazalo sie niecala godzine pozniej…
Wszystko za sprawa Victora, kierowcy, ktory postanowil dzielic sie ze mna wszystkimi historiami jakie znal o okolicy i jej mieszkancach. Zapytacie jak to mozliwe, ze bylem w stanie go zrozumiec? Malo tego, ja nawet bylem w stanie dyskutowac z nim przez 6 godzin podrozy. Jak? Wszystko zaczelo sie,  gdy Victor chcac okazac mi swoja goscinnosc, postanowil zapoznac mnie z jednym z lokalnych specjalow, wizytowka regionu – Mezcal. Mala przydrozna fabryczka na swiezym powietrzu nie zwiastowala niczego specjalnego. Kamienne kolo do miazdzenia roslin, 4 kadzie do fermentacji i spora ilosc rurek prowadzacych do duzego zbiornika. Wszystko to, zakonczone malym kranikiem, z ktorego wyplywal przezroczysty plyn o mocnym zapachu, ktory kazdy moj rodak dobrze zna.
 Wlasciciel tego przybytku, chcac zrobic sobie zart z “nieprzywyklego” do mocnych trunkow gringo (kazdy bialy to z zalozenia amerykanin), poczestowal mnie calkiem spora miseczka tego 50% napoju. Prawdopodobnie spodziewal sie niesamowitej rozrywki - widoku mojej osoby, krztuszacej sie, przeklinajacej i ledwo mogacej zlapac oddech po spozyciu jego podarku. Jednak… trafila kosa na kamien:) Nie takie rzeczy sie w zyciu robilo.
Na poczatek delikatne probowanie trunku, maly lyk sprawdzajacy jego jakosc, aromat i moc, a nastepnie troche ulanskiej fantazji i przechylilem cala miseczke:), po czym z usmiechem na ustach podziekowalem za poczestunek. W tym momencie szczeka mojego darczyncy opadla do ziemi, oczy wyszly na wierzch i nastapila cisza… A my wsiedlismy do ciezarowki i udalismy sie w dalsza droge. 
“problemy “ pojawily sie chwile pozniej, organizm nieprzyzwczajony od dlugiego czasu do picia alkoholu zaczal wariowac, a  mocna kawa ze wspomagaczem wypita chwile pozniej dodatkowo spowodowala, ze jezyk sie rozwiazal, zmysly wyostrzyly… i zaczela sie dyskusja:)  Przez nastepne kilka godzin dowiedzialem sie gdzie znajduja sie lokalne uprawy kokainy, gdzie mieszkaja lokalni bosowie mafijni, w ktorych miejscach mozna kupic najtansza kokaine, jakie sa lokalne ceny narkotykow, uslyszalem kilka historii o policji, jak to bierze lapowki i przymyka oko na wszystko co dzieje sie w okolicy, i wiele innych...



2.    Dzien przed dotarciem do San Cristobal de las Casas zatrzymalem sie na jednej z nielicznych w okolicy stacji benzynowych aby uzupelnic zapas wody pitnej i chwile odpoczac przed wieczornym szukaniem miejsca dla namiotu. W momencie gdy opuszczalem stacje zatrzymal mnie starszy czlowiek, byl ciekaw skad jestem i co robie w tej okolicy. Rozmowa nie szla najlepiej ze wzgledu na roznice jezykowe, ale gdy moim podstawowym hiszpanskim wyjasnilem mu, ze szykuje sie wlasnie do rozbicia namiotu gdzies w tej okolicy, jego twarz przybrala dosc dziwny wyraz. Probowal mi cos wyjasnic, niestety nic nie moglem zrozumiec, postanowilem odejsc, jednak on nie dawal za wygrana i zywo gestykulujac ciagle cos mi tlumaczyl. Zajelo mi 20 minut, aby rozwiklac te zagadke – coz takiego, ten starszy czlowiek, probuje mi powiedziec? oplacilo sie czekac. Okazalo sie, ze ta okolica jest pelna jadowitych wezy, na ktore mozna sie natknac doslownie wszedzie i prawdopodobienstwo, ze rozbijajac namiot na okolicznych polach natrafilbym na jednego z nich bylo bardzo wysokie. Tak wiec dzieki zbiegowi okolicznosci i komos tam na gorze czuwajacemu nade mna, zamiast na polach, noc spedzilem na stacji benzynowej. Najwazniejsze, ze przezylem…


   

51 Tydzień - Oaxaca

Monday, 16 May 2011 01:36

There are no translations available.

OAXACA


Polciezarowka leniwie podazala w kierunku miasta, a ja zastanawialem sie co bedzie, gdy nadejdzie czas opuszczenie mojego srodka transportu. Powoli zapadajacy zmrok, nie byl witany przeze mnie z radoscia, gdzyz nie czulem sie na silach aby wloczyc sie noca po obcym miescie. Ciagle bez odpowiedzi ze strony moich potencjalnych gospodarzy, bez znajomosci jezyka, a zamiast tego z wielkim plecakiem, ktory skupial uwage otoczenia na mojej osobie – czego nie lubie, szczegolnie bedac samemu w Meksyku. Po tym jak w ciagu ostatnich kilka dni przejechalem okolo 1,5 tys km, po noclegach byle gdzie i atrakcjach jakie zafundowali mi Meksykanie, marzyla mi sie chwila wytchnienia, prysznic i normalne miejsce do spania.
I tak, pelen obaw dotarlem do centrum, gdzie w ciagu zaledwie kilku chwil moje zle mysli ustapily miejsca zachwytowi nad otaczajacym mnie miastem. Zamiast leku pojawilo sie zadowolenie z mozliwosci pobytu wlasnie w tym miejscu i o dokladnie tej porze - atmosfera radosci i spokoju wciagnela mnei calkowicie. Tlumy spacerujacych ludzi, waskie uliczki starego miasta, kawiarenki, osoby wypoczywajace w miejskich ogrodach i ogolnie odczuwalna atmosfera relaksu, to byla wlasnie Oaxaca, ktora moglem poczuc calym soba.
Idac przez miasto, przy XVI katedrze - monumentalnej budowli z jasnego kamienia w stylu kolonialnyn, trafilem na koncert gitarowy, ktory pochlonal mnei calkowicie.  Obawy o miejsce do noclegu oraz mysli, ze jestem sam w obcym miescie odeszly  szybko w zapomnienie. W tamtej chwili byly tylko melodie przelewajace sie przez moje cialo - polgodzinny relaks dla duszy, uwalniajacy mnie od wszelkich trosk.
Godzine pozniej udalo mi sie skontaktowac z moimi gospodarzamia - Alli i Dan, ktorzy zapewnili mi dlugo wyczekiwany odpoczynek. Mloda para amerykanow, ktorzy przyjechali do Oaxaca zaledwie na dwutygodniowe wakacj (tyle tylko, ze bylo to 3 miesiace temu:). Upragniony prysznic, wlasne, wygodne lozko… dwa dni, podczas ktorych moglem spokojnei zwiedzac okolice i rozkoszowac sie wygodami wlasnego pokoju.
Moj ulubiony sposob zwiedzanie miasta – zgubic sie i zobaczyc gdzie cie poprowadza walsne nogi. Dzieki temu, miedzy innymi trafilem na wspanialem lokalne ryneczki, gdzie mozna kupic wszystko, poczynajac od miesa, a konczac na sprzecie audio. W tym miejscu przypomnialy mi sie dawne czasy, gdy na lokalnych rynkach mozna bylo kupic mieso, a sanepid  chyba wtedy jeszcze nie istanial :) Dodatkowo wszedzie, gdzie nie spojrzalem pelno stoisk z ubraniami i bizuteria,  ktore wyrabiane recznie przez ludnosc z okolicznych wiosek sa jej jedynym zrodlem utrzymania Wszytko niesamowicie kolorowe, pelne wzorow  i syboli Majow.
Stare miasta, takie jak Oaxaca maja swoj niepowtarzalny urok, tworzony miedzy innymi przez wysokie mury otaczajace posiadlosci, badz budynki uzytecznosci publicznej. Z zewnatrz nic specjalnego, ot mur i tyle, wewnatrz skrywaja istna rozkosz dla oczu. Przekroczenie drzwi to jak wstep do innego swiata. W zaleznosci od rodzaju budynku mozemy tam znalezc: piekne ogrody zachecajace odwiedzajacych do odpoczynku w cieniu, przydomowe drzewa owocowe , laweczki dla strudzonych spacerem, fontanny lub galerie pelne antykow, rzezb badz rekodziel, a wszystko to w stylu kolonialny, ktory tak bardzo mnie fascynuje. Niektore z tych budynkow pochodza z przed kilku wieko i sa zbudowane z kamiennych blokow lub cegly, co dodatkowo wplywa na atmosfere tam panujaca.


POCZATEK ROZKOSZY


Pobyt u meksykanskiej rodziny, do ktorej przeprowadzilem sie kilka dni pozniej zapoczatkowal wspaniala przygode z kuchnia tego regionu. Co prawda probowalem lokalnych przysmakow juz wczesniej, ale to wlasnie potrawy ktorych skosztowalem w Oaxaca , do tego stopnia rozbudzily moje zmysly, ze bylo tylko kwestia czasu, kiedy porzuce moje oszczedne zycie i zaczne rozkoszowac sie meksykanska kuchnia. Jeszcze moze nie teraz, ale wiedzialem, ze ta chwila zbliza sie duzymi krokami.  A poki co zupa kukurydziana z majonezem, serem i chili, pozniej tortilla z guacamole, serem Oaxaca, ktorego wspomnienie do tej pory powoduje u mnie slinotok, pyszne placki kukurydziane na slodko i oczywiscie Chapulines, czyli prazone swierszcze na ostro… oraz wiele winnych. Opisywac tego nie ma sensu, to trzeba sprobowac!

   

Guatemala

Saturday, 14 May 2011 08:03

I kindly request to all those who would like to do something good...
I request the people who are not indifferent to human suffering and gladly will join to make a bow for this world and help others ...


As many of you probably know that for more than a year now, I have been traveling around the world. During the time spent outside Polish borders, I have met hundreds of wonderful people who selflessly helped others, including me.

I have been staying several days in Palomora, a village in Guatemala. It is located in the mountains at an altitude of about 2700 meters above sea level. Palomora is made up of Indigenous Quiche Mayans speaking Ki’che’, one of 22 Mayan dialects still present in Guatemala, and a little Spanish.

My stay in the village of Palomora is possible thanks to people who I met here, more specifically, thanks to volunteers from the Peace Corps. Individuals participating in this program live and work abroad for 2 years in different regions of the world to help those in need. In the place where it is their daily work consists of education of the local population with topics such as personal hygiene, nutrition, sustainable gardening and agriculture, environmental protection, and the development of school, home and public buildings.

The convenience of life in the twentieth century (with premeditation thoughts of the twentieth, not the twenty-first century) consists of everyday activities that we consider simple and obvious, including what we observe on television. However, life in the Palomora is a very different world, and everyday activities are quite different for this community.

Here are some examples of problems faced by the local population:

  • lack of access to drinking water. The little water which is available requires boiling at least 15 minutes before we could make tea. Even washing vegetables before eating is not recommended in this water. For both cooking and drinking, bottled water must be purchased in a nearby town. The effects of drinking poorly boiled water is not enough I found out personally bearing several days of food poisoning. Polluted water is one of the main causes of morbidity and mortality in regions similar to Palomora.


  • lack of educational activities related to hygiene. Community, with whom I met here do not have a basic education on food safety. They do not know, and it is hard to teach everyone that washing the vegetables and frits is necessary, the water must be thoroughly boild and the food needs to be fully covered to prevent diseases from insects, etc.

  • education. Apart from the main problems of education in Guatemala, that which I cannot help :) one of the smaller, but equally important problems is the issue of obtaining certain basic materials like notebooks or pens.
  • conditions for learning. Hundreds of children learn in very simple buildings which lack the basic needs such as water. Typically, classrooms are equipped with a few benches and tables. In many cases, schools are without toilets.

  • lack of educational activities related to growing food. During meetings in the local community, I was a witness for people who first heard about growing other vegetables rather than only corn, like it has been for hundreds of years on these lands. (Lack of vegetables in your diet can greatly affect the local community’s health problems)

...Thus I turn to all the people reading this text

Let's demonstrate, in spite of the distance between us, in spite of different cultures, racial and linguistic, that we can be just as sensitive to the suffering of the people in Guatemala as well as our countrymen!

Let's show our kindness! but not to the world, not friends, not family! Let us demonstrate to ourselves that there are still people in the world who wish to share what they possess!

Let us show that we are still with compassion! Let us reject indifference and in the name of human solidarity resign from the moment of pleasure, which may be lunch in a restaurant, a beer in a pub or going to the cinema and instead, let us help others!

I would like to invite all to participate who are reading, in raising money to help the community of Palomora.

Collected funds will be used in the construction of school toilets, purchase of school materials such as notebooks, pens, books, etc., to start a community garden, in which you could learn to grow vegetables, and maybe even buy shoes for needy children. The list of needs is long ... but I believe that with your help, we will be able to make a small difference and help those in need.

Donations will be forwarded to the volunteers of the Peace Corps working in the community of Palomora. To send your donation, you can find my bank account
number on the web page
 http://www.onemantrip.com/index.php?option=com_content&view=article&id=63


To begin a good flow of energy and financial resources, I decided to pass on my 3 month travel budget for the objectives which I mentioned earlier.

Let’s get it started!!






   

Page 10 of 25

<< Start < Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Next > End >>
joomla template