Blog

Mieso

Tuesday, 19 July 2011 23:18

There are no translations available.

mieso, mieso, mieso!!! …pewna rodzinka zaprosila mnie do  swojego domu  na miesna uczte!

Tak dlugo nie jadlem miesa, ze gdy tylko zobaczylem te wszystkie steki, karkoweczki, boczki, kielbaski, to moj mozg sie zagotowal, nastapilo krotkie spiecie i wszystkie funkcjie organizmu zostaly podporzadkowane jednemu zadaniu -  konsumpcja!

Pozniej bylo troche problemow zoladkowych, ale warto bylo :)

 

Bilet

Sunday, 17 July 2011 23:14

There are no translations available.

Kraj: Kostaryka

Trasa: La Fortuna – San Jose

Samochod: osobowy

Ilosc postaci: 2

  1. kierowca
  2. autostopowicz

Cel autostopowicza: San Jose

Cel kierowcy: miasto polozone w polowie drogi do San Jose

Zakonczenie: kierowca, widzac jak bardzo pada deszcz, nie pytany (ciezko byloby w sumie nawet zapytac, gdyz kierowca ni slowa po angielsku, a autostopowicz po hiszpansku to jedynie piwo potrafi zamowic) kupuje bilet na autobus i ofiarowuje go autostopowiczowi. → Zbiornik z pozytywna energía az sie gotuje

   

Polacy, pomarancze i kawa – Kostarykamarek

Saturday, 16 July 2011 23:04

There are no translations available.

W pewnym kraju, w pewnym blizej nieokreslonym rejonie, stojac przy drodze i lapiac stopa do nastepnego blizej nieokreslonego miasta, zatrzymalem pewien samochod, ktorego kierowca na samym poczatku podrozy wspomnial, iz w pobliskim miescie mieszka grupa studentow z Polski.

W momencie gdy to uslyszalem, moja podroz z tymze kierowca ulegla zakonczeniu. Poprosilem grzecznie o zatrzymanie i powedrowalem w kierunku przeciwnym niz zamierzalem, czyli do miasta, w ktorym mialem nadzieje spotkac rodakow.

Naszych tam nie bylo, ale…

Niektorzy nazywaja to szczesciem, w ten sposob sugerujac, ze to cos w rodzaju cudu, czegos wyjatkowego, co przydarza sie tylko nielicznym. Ja zawsze powtarzam, ze to nic niezwyklego, ze tak wlasnie zawsze powinno byc i tylko od nas samych zalezy czy tak sie stanie. Swiat to nie tylko ludzie pelni pogardy, zapatrzeni w siebie, nietolerancyjni, okrutni i chcacy skrzywdzic innych. Jest jeszcze druga strona medalu, ta piekniejsza, wieksza, pelna wspanialych ludzi, dla ktorych pomagac innym to nie tylko wesprzec raz w roku jakis cel charytatywny. Dla tych ludzi zycie polega na dzieleniu sie tym co maja, chocby tylko usmiechem. Takiego swiata nie zobaczysz w telewizji, nie przeczytasz o nim w gazecie, ani nie uslyszysz w radio. Ten swiat istnieje, a my wlasnie w nim zyjemy. Tyle tylko, ze to co dobre nie sprzedaje sie najlepiej. Lepiej jest czytac o tym co zle, niegodziwe, okrutne i myslec, ze nam jest lepiej, niz cieszyc sie szczesciem innych. Zostawmy jednak w spokoju moje przemyslenia i wrocmy do historii...

Zatrzymac sie pod drzewem, podniesc pomarancze i chwile pozniej zajadac smaczna kolacje oraz spedzic kilka fantastycznych godzin w niesamowitym towarzystwie i na koniec wskoczyc do wygodnego lozka.

Kiedy pani stojaca za drzewem oznajmila mi, ze nie powinienem jesc podniesionego wlasnie owocu, bylem pewien, ze to juz koniec mojej przygody z pomaranczami w tym miejscu. Okazalo sie jednak, ze drzewo bylo pryskane chemikaliami, a ja zamiast byc przepedzonym, zostalem zaproszony na lunch skladajacy sie ze swiezych warzyw, owocow (z innego drzewa)  i kawy. Siedzialem w skromnie urzadzonej kuchni, parterowego domku, ktora az promieniowala domowym cieplem i z zadowoleniem palaszowalem ofiarowany posilek.

Spedzilem w tym miejscu 12 godzin, pelnych rozmow o teoriach konspiracyjnych, UFO i nowych technologiach oraz wizjach swiata przyszlosci. Rano szybka kawa, i pozegnanie z moimi dobroczyncami. Jeszcze tylko poczekac az poranny deszcz przestanie padac, a pancernik mieszkajacy w ogrodzie jak zwykle o 7 rano przebiegnie pomiedzy alejkami i z nowa dawka pozytywnej energii ruszylem dalej.

   

Zapachy

Wednesday, 13 July 2011 22:41

There are no translations available.

Jesli kiedykolwiek zdazy sie wam wycieczka do Hondurasu to jestem pewien, ze zwrocicie uwage na pewien dosc istotny szczegol - otaczajace was zapachy. Miasta, bo o nich glownie mowa, byly wrecz przesiakniete fetorem rozkladajacych sie resztek jedzenia i sciekow kanalizacyjnych. Czasem zdarzaly sie miejsca normalne, jak chocby polnocna czesc miasta San Perdo Sula, ale wiekszosc miejsc, ktore dane mi bylo odwiedzic, to istny potok odpadow plynacy srodkiem ulicy..

Nikaragua nie jest duzo lepsza pod tym wzgledem, choc widac tam pewna poprawe i spacer po okolicy nie budzi juz takiego obrzydzenia.

Tyle o brzydkich zapachach.

Wystarczylo przekroczyc granice i wejsc do Kostaryki, aby swiat stal sie jakby... bardziej, wiecej, mocniej. Powietrze przesiakniete zapachami wypelniajacymi cale cialo uczuciem szczescia. Pod ich wplywem wracasz do czasow dziecinstwa i do momentow, w ktorym pierwszy raz odkryles jakis zapach. Uczucie nieskrepowanej niczym swobody, beztroska i umiejetnosc odkrywania przyjemnosci w nawet najmniejszych sytuacjach.

Granice przekroczylem rano i ze wzgledu na brak chetnych do zabrania z drogi, ruszylem pieszo w kierunku miasta Liberia. Kilkanascie kilometrow dalej, nastapila pierwsza uczta. Obiad, ktorym karmilem zmysly i dusze.

Przysiadlem na niewielkim kamieniu przy drodze, gdzie cien rzucany przez pobliskie drzewo, dawal mi chocby delikatny odpoczynek od palacego slonca. Natura dookola zachwycala spokojem, wprawiajac obserwatora w stan hipnozy, a ja poddajac sie chwili jak zaczarowany przygladalem sie falujacej na wietrze trawie. Zielen byla tam potega, ktorej nic nie bylo w stanie przeslonic, a won drzew z kazdym nawet najdelikatniejszym powiewem wiaru obiegala cala okolice zapewniajac nowe doznania zmyslom...i jeszcze konik polny, ktory przez dlugi czas wedrowal po mnie bez najmniejszego leku. Coz to za szczescie moc wyskoczyc z pedzacego pociagu i znalezc chwile na gleboki oddech. Coz to za szczescie moc przemienic te chwile w zycie...

   

Nikaragua – Ometepe Island

Saturday, 09 July 2011 22:33

There are no translations available.

Jesli jestes w Nikaraguii, a tam jest jezioro, a na tym jeziorze sa dwa wulkany, a ty masz ochote wejsc na jeden z nich, to co robisz? – oczywiscie zabierasz plecak i idziesz:)

Problem pojawia sie w momencie gdy odkrywasz, ze brakuje sciezki prowadzacej na szczyt, a nawet jesli takowa isnieje, to ty nie mozesz jej znalezc. No coz, taki skromny szczegol nie moze mnie zatrzymac. Plecak na plecy i ruszam przed siebie...

Poczatek calkiem przyjemny, ide w cieniu drzew podziwiajac malpy szalejace w galeziach. Chwile pozniej te radosne zwierzatka juz nie sa takie mile. Proba kradziezy mojego sniadania spowodowala, ze przygladam sie im w inny sposob, napewno mniej przyjemny.

Sciezka, ktora podazam, a ktora tak naprawde nie jest sciezka, a jedynie fragmentem mniej zarosnietej przestrzeni konczy sie... no i dupa! Nie ma jednak co rozpaczac, ide dalej. Przede mna dzungla poprzecinana wyschnietymi korytami strumieni, ktorych przekroczenie, z racji na ich glebokosc wydaje sie wrecz niemozliwe. Kilka godzin pozniej, zmeczony przedzieraniem sie  przez krzaki, z polowa zapasow wody, poddaje sie, trzeba zawrocic. Przyznaje tez przed samym soba, ze zabladzilem. No i jeszcze te niepokojace mysli - to chyba nie jest miejsce dla samotnego podroznika. Gdyby cos poszlo nie tak, gdyby podwinela mi sie noga lub ukasil waz, to nikt mnie tu nie znajdzie, nikt nie wie gdzie jestem, telefon nie dziala - zostalbym tu gdzie jestem, na zawsze, gdzies po drodze na szczyt wulkanu.

W drodze powrotnej ambicja daje o sobie znac, podejmuje decyzje, ze sprobuje jeszcze raz, tym razem zaczyne w miejscu polozonym troche bardziej na zachod. Wydaje mi sie nawet, ze znalazlem cos w rodzaju sciezki, ktora moze nie jest zbyt latwa, ale przynajmniej wyglada na to, ze prowadzi w jakims konkretnym kierunku. Zgiety w pol, na kolanach, po kamieniach, przez dzungle, ide przed siebie...

Namiot rozstawiam gdzies na zboczu wulkanu. Potwornie wykonczony i z niewielka iloscia wody, siadam w srodku mojego domku i przyznaje, ze natura mnie pokonala, Ostatnie podejscie zakonczylo sie w momencie gdy roslinnosc dookola zrobila sie tak gesta, ze nie dalem rady isc dalej. Skora na zmiane to piecze, to swedzi – mrowki spadajace z drzew odwalily kawal dobrej roboty,  zaciekle gryzac wszystkie te miejsca do ktorych tylko mogly sie dostac dodatkowo ”uprzyjemnily” mi wycieczke...

Rano zabieram sprzet i ruszam - “maly” problem pojawia sie jedynie ze znalezieniem drogi powrotenj. Znow przedzieranie sie przez krzaki, tym razem bez wody, w upale i cholernie zmeczony, oby tylko tylko dotrzec do miasteczka.

Kilka godzin pozniej dotarlem do przystani promowej (o ile to cos, co kursuje na jeziorze mozna nazwac promem, ale niech im bedzie), usiadlem niedaleko przystani i zastanawiajac sie czy przypadkiem nie zrobic jeszcze jednego podejscia czekalem na prom.

W koncu zmeczenie zwyciezylo - mam dosc. Czas wracic do miejsca, gdzie zostawilem czesc swoich rzeczy i odpoczac troche. Na jakis czas wystarczy mi szwendania sie po krzakach.

   

Page 7 of 25

<< Start < Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Next > End >>
joomla template