Blog

Cuidad Perdida

Thursday, 25 August 2011 18:42

There are no translations available.


Podstawa filozofii towarzyszacej mi podczas tej podrozy jest brak zmuszania sie do dzialania niezgodnego z moimi najbardziej naturalnymi pragnieniami.

Przykladem stosowania tejze filozofii w zyciu jest moja wyprawa do Wenezueli, ktora planowalem od kilku miesiecy. Problem w tym, ze ja tam wcale nie chcialem jechac, a przynajmniej nie podczas tej wyprawy. Jedynym powodem umieszczenia tego kraju na trasie podrozy byla chec zapunktowania, czyli dodanie go do listy miejsc, ktore odwiedzilem – czyz to nie glupi powod?.

Zatem podczas podrozy w kierunku wczesniej zalozonym, zaczalem sie powaznie zastanawiac nad sensem mojej blakaniny po swiecie. Kolejny raz uzmyslowilem sobie, ze napewno nie oczekuje tego, aby forsowac sie i na sile jechac w jakies miejsce. Tak wiec bedac w odleglosci 250 km od granicy kolumbijsko – wenezuelskiej, powiedzialem sobie „dosc” i skrecilem w kierunku gor Sierra Nevada de Santa Marta, z postanowienie, ze jesli wydazy sie cos ciekawego to odpuszczam Wenezuele. Jako cel obralem male miasteczko, o milo brzmiacej nazwie Minca. Czemu akurat tam? Odpowiedz jest dosc banalna, mialem ochote napic sie dobrej kawy. Wiedzialem, ze mieszka tam couchsurferka, ktora prowadzi kawiarnie, wiec... czemu nie? :) Wpadne na kawe, przenocuje w namiocie albo u niej i nastepnego dnia pojade dalej.

Juz w trakcie podrozy do Minca wiedzialem, ze podjeta decyzja byla prawidlowa. Facet, ktorego poznalem po drodze, zaproponowal mi podwiezienie na swoim skuterku. Z pewnymi obawami czy maszyna wytrzyma zgodzilem sie i ruszylismy w kilkukilometrowa podroz  pod gore. Skuter Nelsona (bo tak ma na imie moj nowy kolega) sapala tak ciezko, ze mailem wrazenie, iz za kolejnym zakretem juz dalej nie pojedzie. Jedna przerwa na maly dymek ochlodzila silnik i w duzo lepszych nastrojach ruszylismy dalej, a kilkanascie minut pozniej, z usmiechem na ustach moglem powiedziec – udalo sie :). Jeszcze tylko umowilismy sie, ze nastepnego dnia pomoge Nelsonowi przy budowie domu i ruszylem do lokalnej kawiarni napic sie kawy oraz poszukac miejsca do spania.

Widok z domu Nelsona - na doline, miasto Santa Marta i Morze Karaibskie.

Tego wieczoru w domu u Lizeth - wlascicielki kawiarni, poznalem Poula – Australijczyka, ktory od kilku miesiecy wloczy sie po Am. Poludniowej. I wlasnie podczas tego wieczornego relaksu, od slowa do slowa zrodzil sie dosc ciekawy pomysl -  a moze by tak wybrac sie do „zaginionego miasta”? Oczywiscie nie jak turysci, ktorzy placa 300 dolarow, maja do dyspozycji przewodnika, opiekunow, muly niosace pozywienie i przemieszczaja sie utarta sciezka. My zrobimy to po swojemu, czyli... no wlasnie, jak?  

Wniosek nr.1 - musi istniec jeszcze jakas inna sciezka poza ta turystyczna.

Wniosek nr.2  - patrz wniosek nr.1

Nastepnego dnia postanowilismy zaczac wypytywac ludzi z miasteczka o droge. Plan moze niezbyt wyszukany, ale zawsze to cosJ, przynajmniej podstawy jakies byly.

Lunch w dniu przygotowan:)

Dzien pozniej podczas pracy u Nelsona poznalem Jose, kolumbijczyka spedzajacego dluzsze wakacje w polnocnej czesci Kolumbii. Po godzinie rozmowy, postanowil on dolaczyc do naszej wariackiej wyprawy, na co ja i Poul przystalismy z radoscia.

Wypytywanie ludzi w Minca nie przynioslo zadnych rezultatow, nikt nie wiedzial gdzie mozemy znalezc droge do „zaginionego miasta”. Ciagle tylko slyszelismy, ze to niebezpieczne, ze zolnierze, ze pora deszczowa, ze weze, pajaki, grupy paramilitarne... Jedyna osoba, ktora stwierdzila, ze ta wyprawa jest mozliwa byl Adam – Amerykanin, ktory od jakiegos czasu mieszka w tym regionie. Zaproponowal on nam rowniez pomoc w postaci noclegu na farmie oraz ulatwienie kontaktu z ludzmi,ktorzy moga cos wiedziec o sciezce jakiej szukamy.

We wtorek rano, trzech wariatow i Adam ruszylo w kierunku La Tagua – wioski, gdzie albo znajdziemy dalsza droge albo nie.

Ta ciezarowka nas nie zabrala

Na poczatek kilka kilometrow na motocyklach, nastepnie kilka godzin marszu i bylismy na miejscu.

Nastroje dopisywaly, nikt nie narzekal - nie mozna bylo zaczac lepiej.

Po nocy spedzonej u Adama rozpoczelismy poszukiwania sciezki, a raczej osob, ktore moga conieco nam o niej powiedziec.

Ogrod Adama -  dla spostrzegawczych

Deszczowo

Kawa

Na rezultaty poszukiwan, nie czekalismy dlugo. Godzine pozniej znalismy kierunek marszu i miejsce, gdzie powinien zaczynac sie nasz szlak... ruszylismy we wskazanym kierunku. Maczety, plecaki, jedzenie, wszystko co moglismy to przygotowalismy, a z reszta jakos sobie poradzimy. Szczerze powiedziawszy, to zaden z nas nie wiedzial czego sie spodziewac. Czy bedzie tam jakas sciezka? Czy beda po drodze ludzie? Wojsko? Plantacje kokainy? Weze? Pajaki? Rzeki? Calkowity brak pojecia, rownie zdobrze moglismy tam zobaczyc droge asfaltowa pelna kierunkowskazow jak dojechac do „zaginionego miasta”.

Tak naprawde to nawet nie wiem co napisac. Idziesz z plecakiem pod gore, nastepnie w dol, pozniej znow pod gore i tak godzina za godzina. Pot leje sie z ciebie litrami, wiec nawet nie zwracasz uwagi gdy zaczyna padac. Buty sa kilka razy ciezsze niz przed podroza, ale to rowniez zadna niespodzianka – w srodku sa pelne wody, a na zewnatrz oklejone blotem. Plecak z kazdym krokiem wydaje sie coraz ciezszy. Rece mam pociete i poparzone przez jakies roslinki, o ktore otarlem sie podczas przeciskania przez otaczajaca roslinnosc. Sciezka, w mojej opini, jest calkiem przyjemna. Spodziewalem sie dzikiej dzungli, przez ktora tylko dzieki maczeta bedziemy mogli isc dalej. W rzeczywistosci szlak jest calkiem przeyjrzysty, droge gubimy tylko srednio co godzine i to nie na dluzej niz kilka minut, wiec nie jest zle. Szerokosc sciezki i fakt, ze jest to poprostu blotnisty kawalek terenu, powoduje, ze co chwila laduje na tylku, badz wpadam w jakis zarosla. Niby nic, ale swiadomosc, ze w tych zaroslach sa weze powoduje, ze nie czuje sie pewnie. Wracajac do sciezki - kilkanascie centymetrow szerokosci a obok kilkunasto lub kilkudziesiecio metrowe zbocze, co prawda porosniete dzungla, ale i tak jakbym tam wpadl to byloby juz po mnie. Jest to jednak pierwszy dzien i jeszcze jestesmy na tyle pelni energii, ze gdy docieramy do rzeki, natychmiast wskakujemy do wody i relaksujemy sie przez dobre pol godziny.

Przez nastepne dni bedziemy miec dosc kapieli w rzekach, starając sie pokonac nastepny kawalek drogi, tak by jak najszybciej dotrzec do miejsca noclegu. Roslinnosc otaczajaca nas z kazdej strony i widoki rozposcierajace sie z wierzcholkow gor powalaja na kolana. Dzieki tym widokom czlowiek znajduje jeszcze sily na dalszy marsz.

Jedna z mniejszych rzek

Noclegi, ktorych tak bardzo sie obawialem, okazaly sie najmniejszym problemem w podrozy. Kazdego wieczoru docieralismy do miejsc, w ktorych moglismy spedzic przyjemna noc w hamaku lub lozku!!! Mieszkancy  tych rejonow sa niesamowiecie przyjacielscy, ani razu nie spotkalismy sie z brakiem zyczliwosci, czy checi do pomocy. Gdy zgubilismy sie - poprowadzili nas prawidlowa sciezka, gdy nie mielismy gdzie spac - udostepnili nam jedna ze swoich chatek, gdy zabraklo jedzenia – nakarmili.

Jedna z wiosek mijanych po drodze

Dostalismy od nich nawet recznie narysowana mape... ktora zgubilismy kilka godzin pozniejJ.

Z kazdym nastepnym dniem idzie sie coraz trudniej. Warunki sa bardzo ciezkie, a organizm nieprzyzwyczajony do tego klimatu i takiego tempa zaczyna odmawiac posluszenstwa. W dodatku wyruszylismy w najgorszym mozliwym momencie, pora deszczowa nie jest dobra na takie wyprawy - sciezki zamienija sie w blotniste potoki, a rzeki ze wzgledu na poziom wody i silny prad sa niezmiernie trudne do pokonania.

Kilka dni w dzungli, a ja mam wrazenie jakbym byl tu kilka tygodni.

Zalecany dzienny marsz to 6 godzin, my decydujemy sie na 12 h – wariactwo! Juz sam nei wiem co o tym sadzic, ale w sumie to tez moja decyzja. Deszcz leje sie strumieniami, tak jakby ktos otworzyl niebo i wylewal z niego wiadro za wiadrem. Pioruny bija o ziemie gdzies w oddali, ale my tego nie widzimy, chmury zaslaniaja caly krajobraz czyniac go jeszcze bardziej interesujacym i tajemniczym. Slyszymy tylko grzmoty, jakby rozrywajace swoja potega niebo i wszystko dookola. Pomimo nieziemskiego zmeczenia, usmiech nie schodzi nam z twarz, cieszymy sie jak male dzieci nieswiadome tego co moze sie wydarzyc. Dzieki Bogu nic sie zlego nie dzieje. Nawet gdy pod wieczor zabladzilismy - tak „troszke” powazniej (zupelnie nie mamy pojecia gdzie jestesmy i w ktorym kierunku podazac) dym z ogniska w niedalekiej wiosce zwiastuje wybawienie, nocleg, jedzenie i powrot na prawidlowa sciezke.

Chatka, w ktorej spedzilismy noc

Do ostatniego obozu przed „Cuidad Perdida” dotarlismy po kilku godzinach marszu. Na miejscu czekala nas niespodzianka w postaci grupy turystow (tych od 300 dolarow), ale nie oni byli tam najwazniejsi. Dla nas najwazniejszy byl fakt, ze Jose przeprowadzajac skomplikowane negocjacje dotyczace ceny za nocleg, zalatwil nam rowniez wyzywienie.

-  Czy mona wiedziec ile kosztuje nocleg?

- 3 dol za hamak i 4 dol za lozko

- hmm... problem w tym, ze my nie mamy pieniedzy

- okay, wiec mozecie spac za darmo.

- a mozna cos tutaj zjesc?

- cos sie zalatwi...

... i w taki to oto sposob znalezlismy przyjemne miejsce do odpoczynku oraz lunch, obiad i sniadanie, skladajace sie z tego co turysci nie mogli zjescJ

Do celu podrozy – Cuidad Perdida,  pozostalo „tylko” 1200 stopni i bylismy na miejscu.

Miasto cywilizacji prekolumbijskiej, ktore nigdy nei zostalo odkryte przez Europejskich najezdzcow, a upadlo gdyz niedostepnosc tych terenow uniemozliwiala jego dalszy rozwoj. Odkryte na nowo w 1972 roku stalo sie jedna z wiekszych atrakcji turystycznych Kolumbii, jednak ze wzgledu na problemy z bezpieczenstwem w regionie nie bylo dla kazdego dostepne (w 2003 roku porwano w tym rejonie 7 turystow). W tej chwili o bezpieczenstwo nie ma co sie obawiac, na miejscu przywitala nas spora grupa wojskowych, ktorych uzbrojenie swiadczylo dobitnie o tym, ze nie ma z nimi co zaczynac. Zatem nawet nie marudzilismy, gdy dosc zostalismy skierceni za przyjscie niebezpieczna sciezka, w deszczowej porze roku, bez przewodnika i w dodatku bez pozwolenia wstepu do Parku Narodowego. Z tym ostatnim widac byl najwiekszy problem, ktory zostal rozwiazany gdy na stole pojawilo sie 50 dolarow.

W ruinach spedzilismy kilka godzin, blakajac sie po rozleglych tarasach, zagadujac zolnierzy i wdychajac rzeskie powietrze przepelnione uczuciem zwyciestwa – takiego polowicznego, gdyz mysl o drodze powrotnej ciagle telapala sie w glowie.

Droga powrotna to znow podroz przez meke. Kilka dni w deszczu, po blotnistych sciezkach, przeprawiajac sie przez rzeki, z ciaglym oczekiwaniem, ze miejsce do odpoczynku jest za nastepna gora, zakretem, czy krzakiem.

sciezka

Droga powrotna to juz walka ze samym soba, krok za krokiem, aby dalej, aby tylko sie nie przewrocic, aby sie nie zgubic. Juz nie idziemy razem, kazdy ma swoje tempo, nie mamy sily czekac na innych, czasem mnie to przeraza, szczegolnie gdy zjezdzam ze sciezki kilka metrow w dol przez zarosla i wiem, ze gdyby plecak nie zahaczyl sie o jakis krzak to moglbym tak zjezdzac jeszcze przez kilkanascie metrow. Jakby bylo malo problemow, to caly moj ekwipunek zalatuje stechlizna pomieszana ze smrodem potu, tak bardzo, ze sam ze soba nie moge wytrzymac. Znow decydujemy sie na przejscie dwudniowej trasy w jeden dzien, oby tylko szybciej dotrzec do Adama i odpoczac. Ostatnie 12 godzin, zapamietam chyba do konca zycia... czapke naciagnalem na glowe, aby tylko nie widziec gory co przede mna, mysli skupilem na czyms przyjemnym – kaczka zapiekana z jablkami domowej produkcji  i krok za krokiem posuwalem sie do przodu.

Jedenasta godzina marszu i juz rozpoznaje te mala wioske indianska, dwunasta godzina marszu i wiem, ze jeszcze jeden zakret, pozniej nastepny... teraz tylko krotkie podejscie i docieram do miasteczka, wiem, ze tuz za rogiem, ze za kilka minut bede mogl usiasc i rozkoszowac sie brakiem ruchu.

Teraz tylko wysuszyc sprzet – 2 dni, dotrzec do Minca – 1 dzien marszu, dotrzec do Santa Marta – kilka godzin marszu... i jade dalej, gdzie? Tego jeszcze nie wiem.

 

Zwierzatka ze sciezki i miejsc, w ktorych spalismy

 

Mikolaj i YouYou

Wednesday, 03 August 2011 16:19

There are no translations available.

Pewnego slonecznego ranka, zaloga Luki ozywila sie dosc znacznie,  a wszystko za sprawa wypatrzenia w Kartagenskim porcie jeszcze jednej polskiej bandery. Okazalo sie, ze niedaleko nas zacumowany jest jacht YouYou nalezacy do Mikola i Patrycji, ktorzy od kilku lat podrozuja po swiecie, to pracujac na roznych jachtach, to plywajac na swojej jujce. W czasie kiedy my zawitalismy do Kartageny, Patrycji nie bylo w Kolumbii, jednak Mikolaj jako gospodomu sprawdzil sie perfekcyjnie :)

 


Moje zadowolenie ze spotkania bylo tym wieksze, ze dostalem od neigo zaproszenie do pomieszkania na YouYou, z czego z przyjemnoscia skorzystalem. Tydzien minal szybko i nie powiedzialbym, zebysmy sie jakos znacznie przepracowywali, ot troche roboty w dzien, a wieczorkiem rozmowy o tym co zostawilismy w poprzednim zyciu i jak fajnie jest w obecnym.

Jako ciekawoste dodam, ze Mikolaj jakies 5 lat temu pieprznal wszystko w diably i postanowil zrealizowac marzenie – ruszyl w morze.

Z bloga http://aroundtheworldpl.blogspot.com/

W maju 2006 roku, definitywnie zamienił garnitur na sztormiak i wyruszył w rejs dookoła świata „jachtostopem”. Dwa lata później został współwłaścicielem i kapitanem jachtu s/y YouYou, na którym kontynuuje wokółziemską podróż.”

Jesli kiedykolwiek bedziecie w rejonach morza Karaibskiego poszukajcie informacji o jachtach „LUKA” i „YouYou”, moze uda wam sie spotkac wspanialych ludzi i przezyc z nimi morska przygode J

http://www.goingtopanama.blogspot.com/

   

Luka - rejs przez Morze Karaibskie

Saturday, 30 July 2011 16:03

There are no translations available.

Beate i Tomka, malzenstwo bedace wlascicielami jachtu poznalem z samego rana zaraz po przybyciu do Portobelo. Ona urocza kobieta, wyrozniajaca sie uroda, on rowniez wyrozniajacy sie wsrod miejscowych – ponad dwu metrowy gosc, o wygladzie kapitana statku pirackiego z hollywodzkich filmow:).

Nie moge oczywiscie zapomniec o pierwszym oficerze, czyli Wacku, ktory od zawsze mieszka na lodzi.

Zamienilismy kilka slow, wypilismy kawe, spalilismy kilka papieroskow i ruszylismy na lodz - nie ma czasu na zabawe, trzeba przygotowac jacht do rejsu i zaczac odrabiac bilet do Kolumbii. A bylo co robic, „Luka” – czyli jacht, na ktory mialem spedzic nastepnych kilka dni, byl w naprawie od jakiegos miesiaca, co spowodowalo, ze czekalo na mnie sporo roboty przy czyszczeniu pokladu, sterowki i kajut.

http://www.skipthedariengap.com/About_us.php

Podczas przygotowywania Luki do podrozy dowiedzialem sie, ze ten rejs bedzie pod pewnym wzgledem wyjatkowy. Na pokladzie bedzie 11 Polakow!

Tomek i Beata, Tomek kapitan – znajomy Tomka i Beaty oraz dwoch facetow wraz z dzieciakami podrozujacy od  kilku tygodni przez Ameryke Polnocna, a teraz zmierzajacy na podboj Am. Poludniowej. Zeby bylo jasne, dwoch facetow to nie jedna rodzinka, a dwie rodzinkiJ. Panowie zostawili swoje zonki w Polsce, zabrali dzieci i postanowili odbyc mala wycieczke. Rok temu zakupili na Alasce vana i przejechali nim przez Kanade i USA, a w tym roku pojechali dalej na poludnie, z zamiarem ukonczenia podrozy w Chile.

http://www.strangesquadtrip.blogspot.com/

Ekipa na jachcie byla pierwsza klasa, wszyscy niezmiernie pozytywni, tak wiec czas spedzony z nimi byl czysta przyjemnoscia.

Przed podroza nie wiedzialem zbyt wiele na temat zarowno jachtu, jak i kapitana. Dopiero w trakcie podrozy okazalo sie, ze plyne z kapitanem, ktory jako jedyny Polak i szosty czlowiek na swiecie, oplynal samotnie nasz glob dookola, nonstop i to w tzw. zlym kierunku, czyli ze wschodu na zachod.

http://www.soloaroundtheworld.com/


Malo tego jestem na tej samj lodzi, na ktorej tomek dokonal tego wyczynu („Luka” - Mikado ketch 56).

Sama podroz trwala 6 dnia,  ja na Luce spedzilem prawie 2 tygodnie. W dzien byla praca, a wieczorem odpoczynek i wieczorne rozmowy o wszystkim przy szklaneczce rumu (no moze dwoch szklaneczkach). Dodatkowo dzieki Beacie i jej niesamowitych umiejetnosciach kulinarnych, oraz Tomkowej jajecznicy, czulem sie jak na specjalnym kursie dozywiania podroznikow. Przyzwyczajony do owsianki i bananow, nagle wkroczylem do raju, pelnego Polskiego jedzenia.

Jednym z miejsc, ktore odwiedzilismy po drodze byly wyspy San Blas, zamieszkane  przez Indian Kuna, ktorzy co jakis czas odwiedzali nasza lodz, aby porozmawiac i pohandlowac:).

To niesamowite uczucie przebywac w miejscu, ktore wyglada jak wyjete z katalogu reklamujacego wakacje zycia na Karaibskich wyspach. Woda krystalicznie czysta, o temperaturze jakiej u nas w Polsce mozemy conajwyzej pomarzyc, delfiny, rekiny (te, ktore nie jedza ludzi), zatopione wraki statkow, rafy koralowe pelne fantastycznych ryb, bezludne wyspy, piasek czysciutki i drobny, jakby specjalnie przygotowany dla turystow i wszystko to w towarzystwie niesamowitych ludzi.

Jak juz jestem przy jedzeniu to nie moge pominac uczty jaka nam sie trafila. Mieszkancy wysp przywiezli nam pewnego wieczoru swiezo zlowiona rybke, ot takie kilkadziesiat kilogramow idealnie bialego miesa. Co za wspaniale doswiadcznie oprawiac tego morskiego potwora i wykrajac z niego co smaczniejsze kawalki, a bylo tego naprawde sporo. Jeszcze tego samego wieczoru wszyscy na lodzi mogli cieszyc podneibienie sushi ze swiezo zlowionej ryby, a nastepnego dnia smarzone filety z ryby zapewnily wszystkim niezapomniane doznania smakowe.

Jedynym minusem pobytu na jachcie byl brak snu. Nie wiem co sie stalo, ale nawet tabletki na chorobe morska nie pomagaly, przez caly rejs jak i po nim spalem srednio 4 godziny dziennie. W nocy meczylem sie niemilosiernie, bujanie nie moze byc wytlumaczeniem, gdyz choroby morskiej u siebie nie stwierdzilem, a w upale podrozuje od dosc dawna. Jakby nie bylo, z kazdym dniem chodzilem coraz bardziej zmeczony, ale szczesliwy :).

   

Droga do Portobelo

Saturday, 23 July 2011 15:56

There are no translations available.

No coz, trzy dni to duzo czasu, a do przejechania jedynie kilkaset kilometrow.

Nie wszystko jednak jest takie proste jak sie wydaje. Pokonanie trasy miedzy San Jose (Kostaryka), a Panama City ( Panama) zajelo mi 2 dni, w ciagu ktorych na drodze spedzalem po 16 godzin, zaczynajac o 6 rano i konczac o 10 wieczorem. Autostop w tych rejonach to jakis koszmar.

Kostaryka to bardzo przyjemny kraj, pelen zyczliwych mieszkancow, ale za cholere nikt tutaj nie chce podwozic autostopowiczow.  Zrozumialbym gdyby to byla Gwatemala badz Honduras, gdzie mieszkancy nie sa zbyt zamozni i nie posiadaja samochodow, ale tutaj w ciagu godziny mijaly mnie setki aut i nikt nawet nie mrugnal okiem przejezdzajac obok. Po pierwszym dniu podrozy, jakims cudem udalo mi sie dostac pod granice z Panama. W sprawie noclegu  udalem sie na posterunek policji, zamiar spedzenia tam nocy byl sluszny i prawie sie udalo, gdyby nie maly szczegol, a mianowicie moj namiot nie spodobal sie komendantowi. W sumie to sie nie dziwie – namiot rozbity przed posterunkiem policji nie wyglada zbyt powaznieJ. Nie zostawiono mnie jednak na pastwe losu, zapakowano mnie do wiezniarki i przez nastepnych kilka godzin obwozono po miescie w poszukiwaniu noclegu. Straz pozarna – nie da rady, pogotowie -  nie da rady, inny posterunek policji – nie da rady... w koncu po 3 godzinach trafilem do malej wioski, polozonej kilkanascie kilometrow w kierunku granicy i tam pod opieka kilku znudzonych strozy prawa zostalem na noc.

 Rozstawilem namiocik, pokazalem paszporcik, podpisalem kilka dokumentow i ulozylem sie grzecznie spac.

Panama przywitala mnie calkowiecie odmiennym podejsciem do autostopu, szkoda tylko, ze cala ta zyczliwosc trwala zaledwie 3 godziny. Jak juz utknalem na trasie, to nie bylo zmiluj sie. Stalem samotnie na drodze i wymachiwalem reka przed kazdym zblizajacym sie samochodem. Nie wiem, czy oni sie czegos bali, czy moze chcieli zrobic na zlosc ”amerykancowi” za ktorego mnie tutaj biora. Tak czy inaczej, nikt nie chcial sie zatrzymac i ponownie spedzilem na drodze, w palacym sloncu, dobrych 6 - 7 godzin. Presja ze strony czasu narastala, a ja z powodu braku telefonu nie mialem nawet mozliwosci skontaktowania sie wlascicielami jachtu, ktorym mailem plynac. Poznym popoludniem, zrezygnowany, w akcie desperacji postanowilem zabrac sie autobusem... i pojawil sie nastepny problem – nie wiem, czy to z premedytacja, czy moze jestem zbyt maly aby mnie dostrzec, ale chocby najglupsze wymachiwanie rekami nie bylo w stanie zatrzymac zadnego z autobusow (normalnie, wystarczy machnac lekko reka). Przyszedl w koncu taki moment, w ktorym moje nerwy nie wytrzymaly. Wyskoczylem na srodek drogi i prawie kladac przed nadjezdzajacym busem zatrzymalem go. Chwila targowania i za cene 20 dolarow pojechalem w kierunku Panama City ( na koniec okazalo sie, ze zaplacilem tylko 15 dol, gdyz reszta dolarow jakie posiadalem byla falszywa i nie chcieli ich z jakiegos powodu przyjacJ)

Dworzec autobusowy w Panamie przywital mnie chlodno - ze wzgledu na niebezpieczenstwo podrozy o tak poznej porze odmowiono mi sprzedazy biletu do Portobelo. Nie pozostalo mi nic innego jak tylko spedzic noc na dworcu i czekac na poranny srodek transportu.

Godzina 6:30 - autobus w kierunku Portobelo.

Kierowca chyba dopiero co odebral prawo jazdy, gdyz takich manewrow na drodze to jeszcze nigdy nie widzialem. Jakby nie bylo przezylem i 3 godziny pozniej caly i zdrowy dotarlem do Portobelo. Udalo sie! Zdazylem!

Spotkanie z Beata i Tomkiem, kawa, papierosek (tak, tak, znow pale) i juz jestem na pokladzie pracujac na bilet do Kolumbii.

   

Przedswiateczny prezent od Mikolaj

Thursday, 21 July 2011 23:23

There are no translations available.

Jakie jest prawdopodobienstwo, iz podroznik z Polski, jadacy przez Ameryke Centralna, bedac na granicy Nikaragua – Kostaryka, odwiedzi pewna strone internetowa dokladnie w tym samym momencie, gdy inny podroznik, rowniez Polak, idacy w przeciwnym kierunku, bedzie rowniez w tym samym rejonie i rowniez odwiedzi te sama strone internetowa? :)

Mikolaj http://www.biomiko.blogspot.com/ wyslal wiadomosc z Nikaraguii, z propozycja spotkania przy piwku. Niestety, okazalo sie, ze tego samego dnia ja przekroczylem granice w odwrotnym kierunku i wjechalem do Kostaryki - minelismy sie… i bylby to koniec historii, gdyby nie fakt, ze w jednym z maili do Mikolaja wspomnialem o tym, iz chcialbym przedostac sie z Panamy do Kolumbii - oczywiscie jachtostopem, gdyz inne, platne formy transportu nie wchodza w rachube. W odpowiedzi dostalem kilka porad oraz 2 adresy mailowe. Kilkanascie dni pozniej wyslalem na podane wczesniej adresy wiadmosci z zapytaniem o mozliwosc spotkania z rodakami i pytaniem o porady dotyczace mozliwosci przedostania sie do Ameryki poludniowej. Zaledwie trzy godziny pozniej otrzymalem wiadomosc zwrotna, iz jesli stawie sie w Panamie, a dokladniej w Portobelo, w ciagu 3 dni to mam prace na jachcie, ktorym zabiore sie do Kolumbii!

   

Page 6 of 25

<< Start < Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Next > End >>
joomla template