Blog

Gifts!

Monday, 21 November 2011 17:21

*English version below*


Uwaga! Prezenty!
Jesli masz gdzies to co robie od ponad 18 miesiecy, to dalej juz nie musisz czytac – a i ja gniewac sie nie bede. Jednak wiedz, ze jesli okazesz tylko odrobine zainteresowania to czekaja na Ciebie WYPASIONE!   NIEPOWTAZALNE!    RECZNIE ZDOBIONE!    ZAGRANICZNE!    :)prezenty, ktore juz wkrotce moga trafic w Twoje rece...  wystarczy uczynic maly gest i wspomoc podroz dookola swiata niewielkim* datkiem (*Zbieram na bilet Argentyna – Australia, wiec znowu nie takim niewielkim :).

Wspomoz onemantrip!


Wszelkie informacje o mozliwosci wsparcia podrozy na

http://onemantrip.com/index.php?option=com_content&view=article&id=63
oraz na This e-mail address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it

Important ! Gifts!
If you dont care what I have been doing for last 18 months, you dont need to read this text - and I will not be even angry. But know that if you will put a little of interest, some Fantastic! Hand decorated! Unique! gifts are waiting for You, and soon may be in your hands ... only one small step, one small gesture -  small* donation to my  trip around the world  (* Im  collecting for the ticket Argentina - Australia, so its not so little:).

Support onemantrip!


Any information about opportunities to support travel on

http://onemantrip.com/en/component/content/article/63
and This e-mail address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it

 

Ekwador

Saturday, 19 November 2011 07:30

There are no translations available.

Kolejna granica, kolejna odprawa paszportowa i kolejny kraj gdzie mowia w jezyku hiszpanskim – przyszedl czas na Ekwador. Jedzenie im bardziej na poludnie tym lepsze, coraz wiecej przypraw, coraz bardziej roznorodne, oby tylko do Peru gdzie podobno jest najlepszeJ. Pierwszy autostop w Ekwadorze i nawet nie zdazylem wyciagnac reki, gdy... juz mam transport. Biznesmen z Otovalo, w „pieknym” samochodzie zachwala mi swoj kraj, zaprasza na posilek, pokazuje okolice. Drogi w bardzo dobrym stanie wija sie pomiedzy wzgorzami, wysokosc okolo 2000 mnpm, okolica zamieszkana glownie przez potomkow afrykanskich niewolnikow sprowadzonych w te okolice do morderczej pracy na farmach bialych kolonizatorow, obrazek  tak dobrze znany z kazdego zakatka swiata. Pierwszy dluzszy postoj w Cotacachi. Mieszkam u Shawn’a, Amerykanina, ktory zdecydowal sie opuscic USA i osiedlic sie na jakis czas w bardziej atrakcyjnym miejscu. Poznaje okolice, odwiedzam farme drobiu, ktorej zarzadca jest Shawn. Jest czas wywozu kurczakow do rzezni. Jedyne skojarzenie jakie mi przychodzi do glowy to „fabryka smierci”.




Nastepnego dnia zamiast na farme wybieram sie w pobliskie gory - czas sprawdzic kondycje na troszke wyzszej wysokosci niz dotychczas. jeszcze tego samego wieczoru dowiaduje sie co to znaczy choroba wysokosciowa. Spie, a raczej probuje spac na wysokosci 4000mnpm. Jest zimno, cholernie zimno, glowa peka od bolu, nie czuje stop, nie czuje palcow u rak, spie w kilku warstwach ubran, butach i spiworze. Rano zbieram sprzet i ruszam w dol, 15 minut marszu i 15 minut odpoczynku, plecy napiep... tzn. bol jest bardzo silny, ledwo wytrzymauje ciezar plecaka. Cztery godziny marszu, krotka jazda autostopem i jestem u mojego gospodarza, gdzie dojscie do siebie zajmie mi nastepne 2 dni.




Zle samopoczucie nie przeszkadza mi za bardzo, pisze, rozmawiam, krotkie spacery po okolicy, czasem gdzies przysiade na lawce i z ukrycia zrobie kilka zdjec ludziom.

Indianie Quichua, inna kultura, inny jezyk, inny wyglad, mieszkancy regionu dzisiejszego Ekwadoru, Peru i Boliwii, przyciagaja uwage glownie ostrymi rysami i ubiorem, ktorego nieodzownym elementem jest stylowy melonik.








Kilka dni i znow droga, jestem zachwycony autostopem w tym kraju. Pomimo, ze autobusy sa niesamowicie tanie i kosztuja zaledwie 1 dol za godzine jazdy, to nie rezygnuje z mojego podstawowego srodka komunikacji. Przekraczam rownik, nie robie zdjec,  bo co ja bede fotografowac? Ot zmienilem polkole, za kilka miesiecy zrobie to znow, tyle ze w odwrotnym kierunku. Kilka godzin jazdy z mila rodiznka i jestem w Quito, stolica Ekwadoru i drugie co do wielkosci miasto tego kraju. Szwedam sie jak zwykle po uliczkach, probuje jedzenia – tanie, ale nie moge powiedziec, ze szczegolnie smaczne. Za rownowartosc 2,5 dolara dostaje dwudaniowy posilek, czyli zupa warzywna i kawalek miesa z ryzem, do tego jeszcze kompot i ciasteczk – jak dal mnie luksus. Uliczki jakos nie robia na mnie wraznie, choc teraz malo co na mnie robi wrazenie – brzmi dziwnie, ale taka prawda. Misto w stylu kolonialnym widziane juz dziesiatki razy, wysokie koscioly, zdobione budynki loklanych wladz... nie bawi mnie to tak bardzo jak na poczatku. Juz ciekawsza wydaje sie haloweenowa impreza na ktora zabiera mnie jedna z couchsurferek. Tygodniowe fundusze tej nocy rozplynely sie  dosc szybko, ale bawilem sie swietnie, a i spojrzenie na nocne zycie Ekwadorczykow to rowniez ciekawe doswiadczenie.



Ciagle w drodze, cigle nowe miejsca... Ambato, Ingapirca, Cuenca, jakas wioska o niezapamietanej nazwie, namiot rozbity gdzies na poboczu drogi, nocleg w ruinach twierdzy Inkow, posilek przy drodze, posilek w lesie, posilek w knajpie, jest roznie, jest ciekawie. Rozmawiam, nie rozmawiam, slucham, nie slucham, jade, siedze, stoje. Ludzie przewijaja sie przed oczami, codziennie nowe twarze, nowe rozmowy, po hiszpansku, angielsku, czasem po polsku.

Dwa dni przed wyjazdem do Peru nawiedza mnie dziwne uczucie zmeczenia, cos nie tak zaczyna sie dziac z zoladkiem, na poczatku nie jest zle, daje rade... Dzien przed wyjazdem ledwo zyje, nie moge sie ruszyc, zostaje na jeszcze jeden dzien. Trzeba znikac z tego miejsca, moja gospodyni zaczyna sie dziwnie zachowywac, opowiada dziwne historie, chowa przede mna dzieci, wyglada na to, ze ktos tutaj chyba zapomnial wziac leki... nie ma sensu zostawac tam zostac dluzej. Zatrucie pokarmowe rozklada mnie na dobre, ale pakuje sie i ruszam stopem  w kierunku Peru. Zapowiada sie, ze nastepne dni beda bardzo ciezkie...


   

Bogota

Thursday, 17 November 2011 07:24

There are no translations available.










   

w drodze

Tuesday, 15 November 2011 07:27

There are no translations available.

Trzy miesiace w Kolumbii. Gory, dzungla, ocean, indianie, jedzenie o niebo lepsze niz w Centralnej Ameryce i jak zwykle dziesiatki przygod oraz wspanialych ludzi poznanych po drodze.

Na poczatek Cartagena i czas spedzony w towarzystwie Beaty, Tomka i Mikolaja, troche pracy na jachcie, napelnianie zoladka smakolykami, wloczega po uliczkach starego miasta i nocne rozmowy przy fajce z Mikolajem. Pozniej szybki przejazd do Barranquill’i, znow autostop i znow piesza wedrowka przez „dzikie” przedmiescia, gdzie ludzie mieszkaja w byle jak skleconych blaszakach. Jechalem na wschod, jechalem zobaczyc Wenezuele Chaveza, jechalem zobaczyc socjalizm w wydaniu poludniowo amerykanskim... nie dojechalem, jakos tak wyszlo, ze trafilem do Santa Marta i pobliskiej dzungli. Pozniej znow Cartagena i po kilku dniach znow wedrowka na poludnie. Droga taka jak w innych krajach, tanie jedzenie na poboczu, woda wyproszona w pobliskiej restauracji, nocleg gdzies na polanie, albo u farmerow, ktorzy zgodzili sie przygarnac wloczege z Polski. Ludzie mili i pomocni, czasem tylko ktos spojrzal dziwnym zwrokiem na bialego, co to moze ma wiecej pieniedzy, jednak nie spotkalo mnie nic przykrego. Jeden samochod, drugi samochod, ciezarowka, pickup, motocykl... i tak caly czas, ciagle na poludnie.  W Medellin , znanym glownie z tego ze jest to rodzinne miasto jednego z najniebezpieczniejszych karteli narkotywych oraz pieknych kobiet, zatrzymalem sie na dluzej

Nocne podroze po miescie na malym skuterku, w towarzystwie jednej z couchsurferek, troche wiecej niz normalnie wypitych kieliszkow rumu, tance, odpoczynek, urodzinowa impreza we dwoje i znow w drodze. Maznizales mialo byc tylko kilkudniowym przystankiem, ktory rozrosl sie do dwu miesiecznego pobytu i pracy przy remoncie mieszkan. Lucero, ktora stworzyla dla mnie wspaniala domowa atmosfere na zawsze pozostanie w mojej pamieci. Dziesiatki nowo poznanych ludzi, wspolne posilki, spacery po wzgorzach, podziwianie najpiekniejszych zachodow slonca jakie dane mi bylo ujrzec w zyciu, nauka makrame, wizyty u dentysty, lekcje jogi, rozmowy z Niko i Lucero, badania w klinice, gdzie zamiast wydac kilkanascie dolarow wyszedlem z ekstra funduszami, w miedzy czasie podroz do Bogoty, aby od dac glos na tych co to znow ulokuja sie przy korycie aby napelnic swoje sakwy. Wszystko co dobre jednak sie konczy, 2 miesiace odpoczynku, ktory zaczal po jakims czasie meczyc i dal za duzo stabilizacji w zyciu, a ja napewno nie jestem w meisjcu w ktorym  ta stabilizacja powinna nastapic. Ruszam dalej z mysla, ze moja podroz jest w drodze i tam powinienem spedzac wiecej czasu. Chce zamienic klimat, ale poki co czeka mnie jeszcze przeprawa przez kilka krajow, cywilazcja podobna do tej w jakiej sie wychowalem czeka mnie dopiero w Chile. Opuszczam Manizales z poczuciem pewnej ulgi i ekscytacja nowym etapem. Znow w autobusie, konczaca sie wiza wymusza pospiech, ale to dobrze, nie mam ochoty w tej chwili na jazde autostopem, chce odrobiny „luksusu”, chocby tenze mial kosztowac i sprawic, ze moej nogi beda bolec przez nastepnych kilka dni od pozycji w jakiej spedze kilka godzin w malutkich autobusikach.

Na kazdym przystanku do autobusow wskakuja handlarze, nie trzeba ruszac sie ze swego miejsca aby za pare pesos kupic ryz z miesem, slodkie bulki, prazone platany, orzeszki, napoje i wiele innych przekasek -  dla mnie za drogo, pozostaje przy wodzie i musli kupionym  w Manizales.

Jade przez kilkanascie godzin, gory, rzeki, plantacje, wszystko to przemyka za oknem nie robiac juz na mnie szczegolnego wrazenia. Temperatura zmienia sie w zaleznosci od regionu przez ktory akurat przejezdzamy, tak samo wyglad mieszkancow, raz wiecej latynosow, innym razem wiecej murzynow, czasem Indianie -  istny miks kulturowy. Do Pasto docieram poznym wieczorem. Miasto z kilkoma kolonialnymi budynkami, jest niezbyt atrakcyjne dla turystow. Ozywa tylko na kilka dni w roku, kiedy to odbywa sie festiwal podobny do tego w Rio. Moja gospodyni wraz ze swoja rodzina przez caly rok przygotowuja dekoracje aby przez kilka dni na poczatku stycznia uczynic swoje miasto centrum krajowej zabawy. Opuszczam Kolumbie, wiedzac, ze jest to jedno z kilki miejsc do ktorych warto wrocic. Wiem, ze jest tutaj jeszcze wiele do odkrycia, ale to nie teraz, na to przyjdzie jeszcze czas.

Nasi tu byli! Duma polskiej motoryzacji nawet w Kolumbii zdobyla serca uzytkownikow :)

Uroczo polozona granica kolumbijsko - ekwadorska... szkoda tylko, ze to muzeum, budynki administracji i obslugi przejezdnych wygladaja "troszke" inaczej




   

Manizales

Friday, 30 September 2011 07:18

There are no translations available.

















   

Page 4 of 25

<< Start < Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Next > End >>
joomla template